PAUL ELUARD - NIE MOZNA MNIE ZNAC
Nie można mnie znać
Lepiej niż ty mnie znasz
Twoje oczy w których usypiamy
Oboje
Dały moim światłom mężczyzny
Los lepszy niż nocom świata
Twoje oczy w których odbywam podróże
Dały eposowi dróg
Kierunek oderwany od ziemi
W twoich oczach ci którzy nam odkrywają
Naszą nieskończoną samotność
Nie są już tymi za kogo się mieli
Nie można mnie znać
Lepiej niż ty mnie znasz
PAUL ELUARD - PIERSCIEN SPOKOJU
Przekroczyłem bramy zimna
Bramy goryczy przekroczyłem
By ucałować twe usta
Miasto znikło jest nasz pokój
Gdzie przypływ zła niedorzeczny
Zostawia kojącą pianę
Tylko ty pierścień spokoju
Przypominasz mi na nowo
Czym jest człowiek gdy nie widzę
W nikim swoich bliźnich
PAUL ELUARD - PODROZ CISZ
Podróż cisz
Od moich dłoni ku twoim oczom
I we włosach twoich
Gdzie dziewczęta z łoziny
Opierają się plecami o słońce
Poruszają wargami
I pozwalają czterolistnemu cieniowi
Zająć swe serce ciepłe od snu
PAUL ELUARD - PRZEZ NOWA NOC
Kobieto z którą żyłem
Kobieto z którą żyję
Kobieto z którą będę żył
Powinnaś mieć czerwony płaszcz
Czerwone rękawiczki czerwoną maskę
Czarne pończochy
Racje dowody
Aby cię widzieć nagą
Czysta nagości o strojny stroju
Piersi o moje serce
PAUL ELUARD - SERENADA
U brzegów rzeki ciemnej
noc oto kąpać się będzie,
a w dwojgu piersi Lolity
umierają z miłości gałęzie.
Umierają z miłości gałęzie.
Już na marcowych mostach
noc zaśpiewała nago.
Lolita obmywa ciało
nardem i wodą słonawą.
Umierają z miłości gałęzie.
Noc anyżowa i srebrna
rozwidnia dachy i ściany.
Srebro strumieni i luster.
Twych białych bioder anyż.
Umierają z miłości gałęzie
Showing posts with label paul eluard. Show all posts
Showing posts with label paul eluard. Show all posts
Wednesday, 13 April 2011
Friday, 8 April 2011
Z tomiku nadrealistycznego (13):
PAUL ELUARD - JAK DWIE KROPLE WODY
Dziewczęta gotowe na wszystko
Siostry kwiatów bez korzeni
Siostry zbuntowanych dzieci
Maleńkie
Obojętne
Ograniczone do inteligencji
Do rozumu za cztery grosze
Na miarę waszych tajemnic
Obce opuszczone
Moje dalekie towarzyszki
O sentymentalnych ciałach
Piękne zaledwie piękne ale zawsze piękne
Prostsze od nieszczęścia
Bardziej wyszukane niż piękność
Z waszych zmęczonych warg
Z uśmiechu który zgasł
Przekazujecie mi swoje trucizny
O znieczulone
I przeciwstawiam miłości
Dawno znane obrazy
Zamiast obrazów nieznanych
PAUL ELUARD - JEDNA ZA WSZYSTKIE
Jedna czy wiele
Błękit leżący na burzy
Śnieg na ptakach
Szelesty strachu w niedostępnych lasach
Jedna czy wiele
W glinianej skorupce posiano kruki
Spłowiałe skrzydła u dziobu trzęsienia ziemi
Zrywano fantastyczne rude róże burz
Jedna czy wiele
Kryza słońca
Olbrzymi kołnierz słońca
Na szyjce polany
Jedna czy wiele
Czulsze na swoje dzieciństwo
Niż na deszcz lub pogodę
Łagodniejsze w poznaniu
Niż słońce na łagodnym skłonie
Bez cienia zgryzoty
Jedna czy wiele
W schlebiających lustrach
Gdzie z rana głos ich drze się jak płótno
Jedna czy wiele
Stworzone z kruszejącego kamienia
Z rozlatującego się pierza
Z jeżyn ze lnu ze spirytusu z piany
Ze śmiechów łkań niedbałości śmiesznych kłopotów
Z ciała i prawdziwych oczu bez wątpliwości
Jedna czy wiele
Z wszystkimi wadami wszystkimi zaletami
Kobiet
Jedna czy wiele
Twarz pod bluszczem
Kuszące jak świeży chleb
Wszystkie kobiety które mnie wzruszają
Przybrane jak pragnąłem
Przybrane w spokój i świeżość
Przybrane w sól wodę słońce
Czułość zuchwalstwo i tysiąc kaprysów
Tysiąc kajdan
Jedna czy wiele
We wszystkich moich snach
Nowy leśny kwiat
Kwiat barbarzyński z pękiem słupków
Otwierający się w płomiennym kręgu oszołomień
W umęczoną noc
Jedna czy wiele
Młodość ostateczna
Młodość gwałtowna niespokojna i przesycona smutkami
Którą się podzieliła ze mną
Nie dbając o innych
PAUL ELUARD - LINIA TWOICH OCZU
Linia twoich oczu obiega moje serce,
Obrót tańca i czułości,
Aureola czasu, nocna kołyska bezpieczna;
I jeśli już nie wiem, co dawniej przeżyłem,
To dlatego, że twoje oczy nie patrzyły na mnie zawsze.
Liście dnia i piana rosy,
Różany kwiat wiatru, pachnące uśmiechy,
Skrzydła kładące światło na ziemi,
Statki ładowane niebem i morzem,
Poławiacziebem i morzem,
Poławiacze odgłosów i źródła kolorów.
Zapachy rozkwitłe z wylęgu jutrzenek
Składanych zawsze na słomie gwiazd,
Jak dzień zależy od niewinności,
Tak świat zależy od twoich czystych oczu —
Krew moja cała płynie w twoich spojrzeniach.
PAUL ELUARD - MEDIEUSES
I
Ona się z czarnych i błękitnych snów
Obudzi wstanie ze ślazowej nocy
Noga jej gładka i naga stopa
Odwaga stawia pierwszy krok
Na dźwięk przemyślanego śpiewu
Ciało jej mija w refleksach blaskach
Pokryte deszczem oprawne w czuły zapach
Wyodrębnia poranny płat życia
II
Koło kity wielkiego mostu
Rozpierany dumą
Czekam na wszystko co mi znajome
Napełniona iskrzącą przestrzenią
Moja pamięć bezmierna
Na moich wargach tańczy dobroć
Zgrzebne ubranie moją iluminacją
Z mojego ciała wybiega droga
Bliskie i dalekie
Skaczące morze mnie wita
Morze ma kształt winnego grona
Dojrzałej rozkoszy
Kochałem wczoraj i jeszcze kocham
Niczego się nie wypieram
Przeszłość jest mi wierna
Czas płynie w moich żyłach
III
Pod jałowym sufitem pod zniszczoną belką
W tym obszernym pokoju maluczko meblowanym
Związane kolana użyczają wartości
Nędznej linii prostej
Jej włosy usidłane przez pęknięte lustro
I na piance jej czoła gruchająca woda
Wykrętne odchylenie uśmiechu zapędza
Jej ostatnią iluzję w nieobecne niebo
IV
W okolicach jej łóżka ziemia się czołga
I zwierzęta ziemi i ludzie ziemi
W okolicach jej łóżka
Są tylko pola zbóż
Winnice i pola myśli
Droga przebita bez narzędzi
Dłonie oczy prowadzą do łóżka
Do płomiennej objawionej tajemnicy
Do cieni wyciosanych we śnie
Wolne od palców powietrza uniesienie
Złote naczynie pocałunku
Ciężka powolna szyja
Kołysana na tysiącach snopów
Przybywa na święto swoich kwiatów
Ona sprawia łaknienie i głód
Jej postać nagi kochanek
Umyka jej oczom
I światło zawęźla noc ciało ziemię
Bezdenne światło porzuconej postaci
I dwojga powtarzających się oczu
V
Moje siostry chwytają w żagle
Szczekanie i skomlenie psów
Ja wolę kiedy mnie żywi
Nadzieja zapał bez granic
Czarny krzew pomarańczy płowa tarcza
Mrocząca pszczoła śmiech w biegu
Nieznacznie maskowany śmiech
Kora jutrzenki roztrzepane skrzydło
Garść rozpętanych liści
Młoda trucizna pnącz góra
Pot wioślarski zimny opar
Krok olbrzyma taniec z postukiem
Wieczyste czoło kiść doskonała
Dziewczęta gotowe na wszystko
Siostry kwiatów bez korzeni
Siostry zbuntowanych dzieci
Maleńkie
Obojętne
Ograniczone do inteligencji
Do rozumu za cztery grosze
Na miarę waszych tajemnic
Obce opuszczone
Moje dalekie towarzyszki
O sentymentalnych ciałach
Piękne zaledwie piękne ale zawsze piękne
Prostsze od nieszczęścia
Bardziej wyszukane niż piękność
Z waszych zmęczonych warg
Z uśmiechu który zgasł
Przekazujecie mi swoje trucizny
O znieczulone
I przeciwstawiam miłości
Dawno znane obrazy
Zamiast obrazów nieznanych
PAUL ELUARD - JEDNA ZA WSZYSTKIE
Jedna czy wiele
Błękit leżący na burzy
Śnieg na ptakach
Szelesty strachu w niedostępnych lasach
Jedna czy wiele
W glinianej skorupce posiano kruki
Spłowiałe skrzydła u dziobu trzęsienia ziemi
Zrywano fantastyczne rude róże burz
Jedna czy wiele
Kryza słońca
Olbrzymi kołnierz słońca
Na szyjce polany
Jedna czy wiele
Czulsze na swoje dzieciństwo
Niż na deszcz lub pogodę
Łagodniejsze w poznaniu
Niż słońce na łagodnym skłonie
Bez cienia zgryzoty
Jedna czy wiele
W schlebiających lustrach
Gdzie z rana głos ich drze się jak płótno
Jedna czy wiele
Stworzone z kruszejącego kamienia
Z rozlatującego się pierza
Z jeżyn ze lnu ze spirytusu z piany
Ze śmiechów łkań niedbałości śmiesznych kłopotów
Z ciała i prawdziwych oczu bez wątpliwości
Jedna czy wiele
Z wszystkimi wadami wszystkimi zaletami
Kobiet
Jedna czy wiele
Twarz pod bluszczem
Kuszące jak świeży chleb
Wszystkie kobiety które mnie wzruszają
Przybrane jak pragnąłem
Przybrane w spokój i świeżość
Przybrane w sól wodę słońce
Czułość zuchwalstwo i tysiąc kaprysów
Tysiąc kajdan
Jedna czy wiele
We wszystkich moich snach
Nowy leśny kwiat
Kwiat barbarzyński z pękiem słupków
Otwierający się w płomiennym kręgu oszołomień
W umęczoną noc
Jedna czy wiele
Młodość ostateczna
Młodość gwałtowna niespokojna i przesycona smutkami
Którą się podzieliła ze mną
Nie dbając o innych
PAUL ELUARD - LINIA TWOICH OCZU
Linia twoich oczu obiega moje serce,
Obrót tańca i czułości,
Aureola czasu, nocna kołyska bezpieczna;
I jeśli już nie wiem, co dawniej przeżyłem,
To dlatego, że twoje oczy nie patrzyły na mnie zawsze.
Liście dnia i piana rosy,
Różany kwiat wiatru, pachnące uśmiechy,
Skrzydła kładące światło na ziemi,
Statki ładowane niebem i morzem,
Poławiacziebem i morzem,
Poławiacze odgłosów i źródła kolorów.
Zapachy rozkwitłe z wylęgu jutrzenek
Składanych zawsze na słomie gwiazd,
Jak dzień zależy od niewinności,
Tak świat zależy od twoich czystych oczu —
Krew moja cała płynie w twoich spojrzeniach.
PAUL ELUARD - MEDIEUSES
I
Ona się z czarnych i błękitnych snów
Obudzi wstanie ze ślazowej nocy
Noga jej gładka i naga stopa
Odwaga stawia pierwszy krok
Na dźwięk przemyślanego śpiewu
Ciało jej mija w refleksach blaskach
Pokryte deszczem oprawne w czuły zapach
Wyodrębnia poranny płat życia
II
Koło kity wielkiego mostu
Rozpierany dumą
Czekam na wszystko co mi znajome
Napełniona iskrzącą przestrzenią
Moja pamięć bezmierna
Na moich wargach tańczy dobroć
Zgrzebne ubranie moją iluminacją
Z mojego ciała wybiega droga
Bliskie i dalekie
Skaczące morze mnie wita
Morze ma kształt winnego grona
Dojrzałej rozkoszy
Kochałem wczoraj i jeszcze kocham
Niczego się nie wypieram
Przeszłość jest mi wierna
Czas płynie w moich żyłach
III
Pod jałowym sufitem pod zniszczoną belką
W tym obszernym pokoju maluczko meblowanym
Związane kolana użyczają wartości
Nędznej linii prostej
Jej włosy usidłane przez pęknięte lustro
I na piance jej czoła gruchająca woda
Wykrętne odchylenie uśmiechu zapędza
Jej ostatnią iluzję w nieobecne niebo
IV
W okolicach jej łóżka ziemia się czołga
I zwierzęta ziemi i ludzie ziemi
W okolicach jej łóżka
Są tylko pola zbóż
Winnice i pola myśli
Droga przebita bez narzędzi
Dłonie oczy prowadzą do łóżka
Do płomiennej objawionej tajemnicy
Do cieni wyciosanych we śnie
Wolne od palców powietrza uniesienie
Złote naczynie pocałunku
Ciężka powolna szyja
Kołysana na tysiącach snopów
Przybywa na święto swoich kwiatów
Ona sprawia łaknienie i głód
Jej postać nagi kochanek
Umyka jej oczom
I światło zawęźla noc ciało ziemię
Bezdenne światło porzuconej postaci
I dwojga powtarzających się oczu
V
Moje siostry chwytają w żagle
Szczekanie i skomlenie psów
Ja wolę kiedy mnie żywi
Nadzieja zapał bez granic
Czarny krzew pomarańczy płowa tarcza
Mrocząca pszczoła śmiech w biegu
Nieznacznie maskowany śmiech
Kora jutrzenki roztrzepane skrzydło
Garść rozpętanych liści
Młoda trucizna pnącz góra
Pot wioślarski zimny opar
Krok olbrzyma taniec z postukiem
Wieczyste czoło kiść doskonała
Etykiety:
paul eluard,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Z tomiku nadrealistycznego (12):
PAUL ELUARD - SAMOTNY
Potrafiłbym żyć bez ciebie
Żyć samotny
Kto mówi
Kto może żyć samotny
Bez ciebie
Kto
Być na przekór wszystkim
Być na przekór tobie
Noc się posunęła
Niby bryła kryształu
Mieszam się z nocą
PAUL ELUARD - JEJ ZACHLANNOSC ROWNA JEST TYLKO MOJEJ
Dzięki tobie świat w ruchu
Obwiedziona rozkoszą jak płomień
W ciemności orientujesz się lepiej niż ciemność
Światłoczuła głowo
Moje serce bije w całym twym ciele
W twych ulubionych zaciszach
Na białej tratwie nocy
Pod zatopionymi drzewami
Spędzamy życie
Na niweczeniu godzin
Wymyślamy czas
I od razu jak zawsze
Zielenie i ptaki
Gdzie my jesteśmy
Oddychają w twoich spojrzeniach
Lądują na twych powiekach
Ostrożnie nie ruszaj się
Girlandy twych członków
Obsłużą święta mniej subtelne
Żadnych gestów pozornych
Wyglądamy jakbyśmy zastygli
Tak bardzo jesteśmy potajemni
Oddaj cały swój ciężar jutrzence
Horyzontowi nerw dokładnej wagi
Krater rześkiego powietrza
Niech koronuje twe szalone włosy
Bezmiar piany pośród warg słońca
Czy skrzydło bijące twej krwi
Użycz twej mocy ciepła
Daj mi upał masywny brutalny i gorzki
Wewnątrz twych dłoni i twoich ust
Podaruj twe przezroczyste zmęczenie
Twoją słodycz ufność
Z rozległości twych oczu
Wyziera kształt zamku
Wydanego jak motyl na pastwę wiatrów
Innym razem straszliwe rumowisko
Ostatnia pieszczota
Której misją jest nas rozdzielić
Czasem wino a czasem rzeka
Zasklepiona jak pszczeli rój
Chodź tu uległa chodź o tym zapomnieć
A wtedy wszystko zacznie się od nowa
PAUL ELUARD - BEZ URAZY
Łzy z oczu, nieszczęśliwych cierpienia miłości,
Cierpienia bez korzyści i łzy bez kolorów.
On o nic się nie pyta, wyczuwa z pozoru,
On smutny jest w więzieniu, smutny na wolności.
Nastała pora smutku, noc czarna jak z sadzy,
Że i ślepych nie godzi się wypędzać z domu.
Mocni żyją bezczynnie, słabi są przy władzy,
Król, gdy królowa siedzi, stoi obok tronu.
Westchnienia i uśmiechy, gniją złorzeczenia
W ustach niemych i oczach spodlonych przez boleść.
Nie tykaj nic swą dłonią: wszystko jest z płomienia!
Ukryj ręce w kieszeni lub połóż na czole
PAUL ELUARD - DO ZGUBIENIA Z OCZU W KIERUNKU MOJEGO CIALA
Do zgubienia z oczu w kierunku mojego ciała
Wszystkie drzewa wszystkie gałęzie wszystkie liście
Trawa u podstaw skały i masywy domów
Z daleka morze skąpane w twoim oku
Te obrazy z dnia na dzień
Ułomności cnoty tak niedoskonałe
Przezroczystość przechodniów na ulicach przygody
I przechodnie wyparowani od upartych poszukiwań twoich
Maniackie twoje idee z ołowianym sercem z dziewiczymi wargami
Ułomności cnoty tak niedoskonałe
Podobieństwo spojrzeń przyzwalających do oczu które zdobywasz
Pomieszanie ciał rozleniwień zapałów
Naśladowanie słów postaw idei
Ułomności cnoty tak niedoskonałe
Miłość to człowiek niedokończony
Potrafiłbym żyć bez ciebie
Żyć samotny
Kto mówi
Kto może żyć samotny
Bez ciebie
Kto
Być na przekór wszystkim
Być na przekór tobie
Noc się posunęła
Niby bryła kryształu
Mieszam się z nocą
PAUL ELUARD - JEJ ZACHLANNOSC ROWNA JEST TYLKO MOJEJ
Dzięki tobie świat w ruchu
Obwiedziona rozkoszą jak płomień
W ciemności orientujesz się lepiej niż ciemność
Światłoczuła głowo
Moje serce bije w całym twym ciele
W twych ulubionych zaciszach
Na białej tratwie nocy
Pod zatopionymi drzewami
Spędzamy życie
Na niweczeniu godzin
Wymyślamy czas
I od razu jak zawsze
Zielenie i ptaki
Gdzie my jesteśmy
Oddychają w twoich spojrzeniach
Lądują na twych powiekach
Ostrożnie nie ruszaj się
Girlandy twych członków
Obsłużą święta mniej subtelne
Żadnych gestów pozornych
Wyglądamy jakbyśmy zastygli
Tak bardzo jesteśmy potajemni
Oddaj cały swój ciężar jutrzence
Horyzontowi nerw dokładnej wagi
Krater rześkiego powietrza
Niech koronuje twe szalone włosy
Bezmiar piany pośród warg słońca
Czy skrzydło bijące twej krwi
Użycz twej mocy ciepła
Daj mi upał masywny brutalny i gorzki
Wewnątrz twych dłoni i twoich ust
Podaruj twe przezroczyste zmęczenie
Twoją słodycz ufność
Z rozległości twych oczu
Wyziera kształt zamku
Wydanego jak motyl na pastwę wiatrów
Innym razem straszliwe rumowisko
Ostatnia pieszczota
Której misją jest nas rozdzielić
Czasem wino a czasem rzeka
Zasklepiona jak pszczeli rój
Chodź tu uległa chodź o tym zapomnieć
A wtedy wszystko zacznie się od nowa
PAUL ELUARD - BEZ URAZY
Łzy z oczu, nieszczęśliwych cierpienia miłości,
Cierpienia bez korzyści i łzy bez kolorów.
On o nic się nie pyta, wyczuwa z pozoru,
On smutny jest w więzieniu, smutny na wolności.
Nastała pora smutku, noc czarna jak z sadzy,
Że i ślepych nie godzi się wypędzać z domu.
Mocni żyją bezczynnie, słabi są przy władzy,
Król, gdy królowa siedzi, stoi obok tronu.
Westchnienia i uśmiechy, gniją złorzeczenia
W ustach niemych i oczach spodlonych przez boleść.
Nie tykaj nic swą dłonią: wszystko jest z płomienia!
Ukryj ręce w kieszeni lub połóż na czole
PAUL ELUARD - DO ZGUBIENIA Z OCZU W KIERUNKU MOJEGO CIALA
Do zgubienia z oczu w kierunku mojego ciała
Wszystkie drzewa wszystkie gałęzie wszystkie liście
Trawa u podstaw skały i masywy domów
Z daleka morze skąpane w twoim oku
Te obrazy z dnia na dzień
Ułomności cnoty tak niedoskonałe
Przezroczystość przechodniów na ulicach przygody
I przechodnie wyparowani od upartych poszukiwań twoich
Maniackie twoje idee z ołowianym sercem z dziewiczymi wargami
Ułomności cnoty tak niedoskonałe
Podobieństwo spojrzeń przyzwalających do oczu które zdobywasz
Pomieszanie ciał rozleniwień zapałów
Naśladowanie słów postaw idei
Ułomności cnoty tak niedoskonałe
Miłość to człowiek niedokończony
Etykiety:
paul eluard,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Tuesday, 1 February 2011
Oooh, so gorgeous!... :) Or my favourite surrealists.
Andre Breton
Tristan Tzara
Paul Eluard
Philippe Soupault
Louis Aragon
Hans Arp
Max Ernst
Yvan Goll
Robert Desnos
Antonin Artaud
Benjamin Peret
Rene Char
Jacques Prevert
Marcel Duchamp
Etykiety:
andre breton,
antonin artaud,
benjamin peret,
hans arp,
jacques prevert,
luois aragon,
marcel duchamp,
max ernst,
paul eluard,
philippe soupault,
rene char,
robert desnos,
surrealizm,
yvan goll
Wednesday, 22 December 2010
Z tomiku nadrealistycznego (8):
ANDRE BRETON, RENE CHAR, PAUL ELUARD - FASADA
Staje sie sercowy
Wszedzie gdzie twoj cien mogl polaczyc sie z moim
Krew jest na pierwszy punkt widzenia jak na znak szpady
I splywa rosa by cie zbudzic ze snow niepowtarzalnych
Co zadaja dowodow ze milosc jest miloscia
Jak belladonna trucizna
MARKO RISTIC - INNE ZASTOSOWANIE
Nie waz sie przygladac, powiedzialem lub tez nie, tej scianie ktora plonie na krawedziach
Jesli chcesz zeby i jutro laka byla laka
Poniewaz gdzies w ceglach ukryta jest jaszczurka plomienia
Ktorym odtad kazdy twoj dzien bedzie obrebiony
Abys samotnoscia nazwal te sucha mgle z krwi
Ktora uwienczona bylaby szpetna twarz jawy
Zajrzyj, jesli potrafisz, w to nie przezyte
I nie pomoze ci nic slowo "wirtualny"
Ciarki powoli wysiadaja z pociagu tej wirtualnej przyszlosci
W szarym plaszczu i z torba w rece schodza na peron mego dnia
Jedno oko maja zakryte a kapelusze zupelnie wymiete
I stoja. Stacja mego czasu jest dla nich za ochydna
O zupelnie niegodna ich krolewskiego oblicza
Z ktorego nie schodzi, a byl akurat dzien deszczowy, wilgotna bladosc
Ze wszystkich stron wokol nich na mojej przestrzeni plonie korona murow i drzew
Ze wszystkich stron wyrasta to co je tu wezwalo
To co sobie wypowiedzialem lub tez nie zeby sie odnowilo
Czy bede pamietal ze nie moge zapomniec swego pogladu
Na cegly, ktore pozorna smierc oddziela od bezskutecznosci
Na cegly, ktore mnie od bezskutecznosci oddzielaja pozorem, definitywniej
DUSAN MATIC - METNY POLOW W BYSTREJ WODZIE
Niechaj noc bedzie taka, jakiej chcecie, ale co wiem, to wiem.
pofrune do pierwszego lozka z ktorego kielkuje trawa. Pofrune.
jest jednak ktos kto jest rozsadny i wrazliwy, straszliwie jeczy za murem. Jednak
i wokol tego wiersza metaliczny las w ktorym spaceruja moi przyjaciele. Moi przyjaciele,
z reka na kibici kobiety lub plomienia. Plomienia lub zwidu.
i ci ktorzy nigdy nie mowia przy tym stole. Oszpeceni.
a ze wszystkich stron nadciaga senna woda ktorej dotykaja swoimi bosymi stopami, tajemniczymi jak rece. Nogami.
i na dnie tej wody zamknela oczy ta o ktorej nigdy nie mysle. Nie mysle.
zamknela oczy aby lepiej mnie widziec, aby lepiej strzec. Strzec.
gdyz ona strzeze, ona strzeze aby nic nie poszlo na marne. Do diabla.
nad tym wierszem moja pochylona glowa, moja zraniona moja smieszna glowa.
Niebieski kolor na zawsze zmieniony, zmiazdzony, pokruszony. Mrowki,
mrowki troche niebieskie, troche szkaradne zanurzaja sie w leniwych glebokosciach. W moich
jesli wyteze wzrok seks nocy zajasnieje w gwiazdozbiorze. Bose gwiazdy jak uszy zebry. Zebry i dziewczyny.
noc, noc musiala wiazac slowa tego zdania. Na te pijane kawki czeka siec.
noc przychodzila i odchodzila, jakby nikt nie przychodzil i nie odchodzil, ze wszystkich stron, z serca.Z czarnych zwierciadel.
noc lubila kiedy szeptaly wzgorza. Wzbudzaly podziw.
noc rosla jak przypuszczenie, ubywalo jej jak sprochnialego ksiezyca.
noc otwierala sie jak odrzwia, jak sciezki ktore zawsze knuja spisek. Stara palme swiatla.
jak noc kochankow, tymi samymi schodami
o ziemio, coraz ciszej sie schodzi.
jesli jestem przymglony
dosc ale to dosc
jesli przypominam sobie pierwszy. Doprawdy.
czyj pas lezy e tych lasach?
obraz peknietego lustra to nasze zapomnienie. Moje, twoje, nasze, nasze.
znow powraca jak obloki przed jutrznia. Przed jutrznia.
piekna jest jak przypadek jak dwa kroki odcisniete na trotuarze, jak
zbrodnia, jak plama atramentu na tym wierszu, jak czerwcowa noc pelna swietlikow, jak zacisze przed pierwszym sniegiem. Jak dwa kroki.
jesli jestes tu aby ukladac czas jak ziarna. Jak sadze.
jesli jestes zegare, ktory chodzi a ktory nie ma wskazowki. Nie ma.
wymienionym, ostrzezonym.
kim, kim ona jest? Kto ty jestes? Ty, ty.
jest piekna, jest cudowna, jest zroszona.
on jest zamkniety w watrobie czasu
nie, nie jest wieczny, ale wietrzny.
nie, jest tylko cienisty, ciernisty
on to ja, on to ty, on jest zoltym koniem lub pytaniem.
rza konie albo droga.
idz, idz, to jest widok wyrwany z ziemi. Widok do konca.
idz, idz, cichna kamienie, kamienie.
wroc do tego zwierzecego pisku, do tego spisku, groz i milcz.
jeden glos w nocy bez ciszy. Bez ciszy.
nie zapomnialem ani ryby ani ptaka z bladym czolem. Nie
gdyz przeczuwaja one ze w gorze lepszy niekiedy zywot szelesci.
w przeddzien nocy
w oczach nocy
na oczach gdzie obgryzaja kosci jakichs ciezkich rzek
gdzie teraz zlopiemy draby zlopiemy
boze jakiez cudowne sa dni - przycodzi zolniez, mowi i odchodzi. Odchodzi.
zolniez ktory moze nawet nie istnieje
ale ja go na pewno wydam i zabije.
Staje sie sercowy
Wszedzie gdzie twoj cien mogl polaczyc sie z moim
Krew jest na pierwszy punkt widzenia jak na znak szpady
I splywa rosa by cie zbudzic ze snow niepowtarzalnych
Co zadaja dowodow ze milosc jest miloscia
Jak belladonna trucizna
MARKO RISTIC - INNE ZASTOSOWANIE
Nie waz sie przygladac, powiedzialem lub tez nie, tej scianie ktora plonie na krawedziach
Jesli chcesz zeby i jutro laka byla laka
Poniewaz gdzies w ceglach ukryta jest jaszczurka plomienia
Ktorym odtad kazdy twoj dzien bedzie obrebiony
Abys samotnoscia nazwal te sucha mgle z krwi
Ktora uwienczona bylaby szpetna twarz jawy
Zajrzyj, jesli potrafisz, w to nie przezyte
I nie pomoze ci nic slowo "wirtualny"
Ciarki powoli wysiadaja z pociagu tej wirtualnej przyszlosci
W szarym plaszczu i z torba w rece schodza na peron mego dnia
Jedno oko maja zakryte a kapelusze zupelnie wymiete
I stoja. Stacja mego czasu jest dla nich za ochydna
O zupelnie niegodna ich krolewskiego oblicza
Z ktorego nie schodzi, a byl akurat dzien deszczowy, wilgotna bladosc
Ze wszystkich stron wokol nich na mojej przestrzeni plonie korona murow i drzew
Ze wszystkich stron wyrasta to co je tu wezwalo
To co sobie wypowiedzialem lub tez nie zeby sie odnowilo
Czy bede pamietal ze nie moge zapomniec swego pogladu
Na cegly, ktore pozorna smierc oddziela od bezskutecznosci
Na cegly, ktore mnie od bezskutecznosci oddzielaja pozorem, definitywniej
DUSAN MATIC - METNY POLOW W BYSTREJ WODZIE
Niechaj noc bedzie taka, jakiej chcecie, ale co wiem, to wiem.
pofrune do pierwszego lozka z ktorego kielkuje trawa. Pofrune.
jest jednak ktos kto jest rozsadny i wrazliwy, straszliwie jeczy za murem. Jednak
i wokol tego wiersza metaliczny las w ktorym spaceruja moi przyjaciele. Moi przyjaciele,
z reka na kibici kobiety lub plomienia. Plomienia lub zwidu.
i ci ktorzy nigdy nie mowia przy tym stole. Oszpeceni.
a ze wszystkich stron nadciaga senna woda ktorej dotykaja swoimi bosymi stopami, tajemniczymi jak rece. Nogami.
i na dnie tej wody zamknela oczy ta o ktorej nigdy nie mysle. Nie mysle.
zamknela oczy aby lepiej mnie widziec, aby lepiej strzec. Strzec.
gdyz ona strzeze, ona strzeze aby nic nie poszlo na marne. Do diabla.
nad tym wierszem moja pochylona glowa, moja zraniona moja smieszna glowa.
Niebieski kolor na zawsze zmieniony, zmiazdzony, pokruszony. Mrowki,
mrowki troche niebieskie, troche szkaradne zanurzaja sie w leniwych glebokosciach. W moich
jesli wyteze wzrok seks nocy zajasnieje w gwiazdozbiorze. Bose gwiazdy jak uszy zebry. Zebry i dziewczyny.
noc, noc musiala wiazac slowa tego zdania. Na te pijane kawki czeka siec.
noc przychodzila i odchodzila, jakby nikt nie przychodzil i nie odchodzil, ze wszystkich stron, z serca.Z czarnych zwierciadel.
noc lubila kiedy szeptaly wzgorza. Wzbudzaly podziw.
noc rosla jak przypuszczenie, ubywalo jej jak sprochnialego ksiezyca.
noc otwierala sie jak odrzwia, jak sciezki ktore zawsze knuja spisek. Stara palme swiatla.
jak noc kochankow, tymi samymi schodami
o ziemio, coraz ciszej sie schodzi.
jesli jestem przymglony
dosc ale to dosc
jesli przypominam sobie pierwszy. Doprawdy.
czyj pas lezy e tych lasach?
obraz peknietego lustra to nasze zapomnienie. Moje, twoje, nasze, nasze.
znow powraca jak obloki przed jutrznia. Przed jutrznia.
piekna jest jak przypadek jak dwa kroki odcisniete na trotuarze, jak
zbrodnia, jak plama atramentu na tym wierszu, jak czerwcowa noc pelna swietlikow, jak zacisze przed pierwszym sniegiem. Jak dwa kroki.
jesli jestes tu aby ukladac czas jak ziarna. Jak sadze.
jesli jestes zegare, ktory chodzi a ktory nie ma wskazowki. Nie ma.
wymienionym, ostrzezonym.
kim, kim ona jest? Kto ty jestes? Ty, ty.
jest piekna, jest cudowna, jest zroszona.
on jest zamkniety w watrobie czasu
nie, nie jest wieczny, ale wietrzny.
nie, jest tylko cienisty, ciernisty
on to ja, on to ty, on jest zoltym koniem lub pytaniem.
rza konie albo droga.
idz, idz, to jest widok wyrwany z ziemi. Widok do konca.
idz, idz, cichna kamienie, kamienie.
wroc do tego zwierzecego pisku, do tego spisku, groz i milcz.
jeden glos w nocy bez ciszy. Bez ciszy.
nie zapomnialem ani ryby ani ptaka z bladym czolem. Nie
gdyz przeczuwaja one ze w gorze lepszy niekiedy zywot szelesci.
w przeddzien nocy
w oczach nocy
na oczach gdzie obgryzaja kosci jakichs ciezkich rzek
gdzie teraz zlopiemy draby zlopiemy
boze jakiez cudowne sa dni - przycodzi zolniez, mowi i odchodzi. Odchodzi.
zolniez ktory moze nawet nie istnieje
ale ja go na pewno wydam i zabije.
Etykiety:
andre breton,
dusan matic,
marko ristic,
paul eluard,
poezja,
rene char,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Tuesday, 21 December 2010
Z tomiku nadrealistycznego (6):
PAUL ELUARD - POCALUNEK
Kur w bramie brzasku
Kur bijacy w dzwon
Rozrywa fale nocy kamykami popedu
Wyblysna w pianie
Dwie przejzystosci nierownodesenne
Glowe ze snu nie szybko sie uniesie
Ku swiatlu gestniejacemu
Najpierw sie ja opusci
Na usta zachlanniejsze od mureny
Na usta co sie kryja pod powiekami
A wkrotce skryja sie na dnie oczu
One tragarze nowych snow
Plugi najlagodniejsze
Zbedne niezastapione
Znajace miejsce kazdej rzeczy
Wsrod ciszy
Kolia rozpekla od slow buntowniczych
One dla ktorych lektyka sa inne usta
Wspoltowarzyszki traw trawionych goraczka
Nieprzyjaciolki pulapek
Dzikie i dobrze uksztalcone dla kazdego
I dla nikogo
Usta zapominajace mowic
Usta olsnione mirazami nocy
Proste jak dziecko w glab ich perspektywy
Wchodzi sie niezawile
Nieskonczonoscia orchidei ich droga sie stanie
To most palacy lsniacy zywy
Zwierciadlo echo obraz co nas rodzi nieustannie
To posiasc chwile
By nigdy juz nie watpic w trwanie
BENJAMIN PERET - KTOS DZWONI
Pchli skok jak taczki tanczace na kolanach bruku
pchla znika na klatce gdzie zamieszkalbym z toba
slonce podobne do butelki czerwonego wina
zrobilo sie Murzynem
Murzynem niewolnikiem chlostanym
Ale ja ciebie kocham jak muszla piasek
gdy ktos ja z niego wyrwie sloncu co przyjmuje ksztalt fasoli
wypuszczajacej kielek serca jak kamyk podczas ulewy
albo polotwartej puszki sardynek
albo zaglowca z rozdartym fokiem
Chcialbym byc plamka slonca na bluszczu twojej bluzki
ta szklarke co sie laskotala kiedy cie poznalem
Nie
ta latka z teczujacego cukru mniej mnie przypomina niz jemiola na debie
ktory ma juz tylko korone zieleni gdzie mieszka para gajowek
Chcialbym byc
bo bez ciebie jestem ledwo przeswitem w kocich lbach przyszlych barykad
Tak bardzo mam twoje piersi w mojej piersi
ze rysuja sie w niej dwa dymiace kratery jak ren w grocie
aby cie przyjac jak zbroja przyjmuje naga kobiete
oczekiwana w glebi rdzy
rozplywajac sie jak szyby w domu co zaplonal
jak zamek w swoim ogromnym piecu
podobna do statku co dryfuje
bez kotwicy i steru
ku wyspie drzew blekitnych przypominajacych twoj pepek
wyspie gdzie chcialbym spac razem z toba
ANDRE BRETON, RENE CHAR, PAUL ELUARD - UZYWANIE SILY
Nie czochraj sobie tak wlosow przestaje sie widziec
Jest tu z miejsca zatrzesienie robotnikow
Nie czochraj sobie tak wlosow bo kto rusza na polnoc
Znajdzie sie na poludniu zawiedziony
Raczej naucz sie wlosy zaplatac
By szlachetnym kamieniom bylo w nich do twarzy
Kur w bramie brzasku
Kur bijacy w dzwon
Rozrywa fale nocy kamykami popedu
Wyblysna w pianie
Dwie przejzystosci nierownodesenne
Glowe ze snu nie szybko sie uniesie
Ku swiatlu gestniejacemu
Najpierw sie ja opusci
Na usta zachlanniejsze od mureny
Na usta co sie kryja pod powiekami
A wkrotce skryja sie na dnie oczu
One tragarze nowych snow
Plugi najlagodniejsze
Zbedne niezastapione
Znajace miejsce kazdej rzeczy
Wsrod ciszy
Kolia rozpekla od slow buntowniczych
One dla ktorych lektyka sa inne usta
Wspoltowarzyszki traw trawionych goraczka
Nieprzyjaciolki pulapek
Dzikie i dobrze uksztalcone dla kazdego
I dla nikogo
Usta zapominajace mowic
Usta olsnione mirazami nocy
Proste jak dziecko w glab ich perspektywy
Wchodzi sie niezawile
Nieskonczonoscia orchidei ich droga sie stanie
To most palacy lsniacy zywy
Zwierciadlo echo obraz co nas rodzi nieustannie
To posiasc chwile
By nigdy juz nie watpic w trwanie
BENJAMIN PERET - KTOS DZWONI
Pchli skok jak taczki tanczace na kolanach bruku
pchla znika na klatce gdzie zamieszkalbym z toba
slonce podobne do butelki czerwonego wina
zrobilo sie Murzynem
Murzynem niewolnikiem chlostanym
Ale ja ciebie kocham jak muszla piasek
gdy ktos ja z niego wyrwie sloncu co przyjmuje ksztalt fasoli
wypuszczajacej kielek serca jak kamyk podczas ulewy
albo polotwartej puszki sardynek
albo zaglowca z rozdartym fokiem
Chcialbym byc plamka slonca na bluszczu twojej bluzki
ta szklarke co sie laskotala kiedy cie poznalem
Nie
ta latka z teczujacego cukru mniej mnie przypomina niz jemiola na debie
ktory ma juz tylko korone zieleni gdzie mieszka para gajowek
Chcialbym byc
bo bez ciebie jestem ledwo przeswitem w kocich lbach przyszlych barykad
Tak bardzo mam twoje piersi w mojej piersi
ze rysuja sie w niej dwa dymiace kratery jak ren w grocie
aby cie przyjac jak zbroja przyjmuje naga kobiete
oczekiwana w glebi rdzy
rozplywajac sie jak szyby w domu co zaplonal
jak zamek w swoim ogromnym piecu
podobna do statku co dryfuje
bez kotwicy i steru
ku wyspie drzew blekitnych przypominajacych twoj pepek
wyspie gdzie chcialbym spac razem z toba
ANDRE BRETON, RENE CHAR, PAUL ELUARD - UZYWANIE SILY
Nie czochraj sobie tak wlosow przestaje sie widziec
Jest tu z miejsca zatrzesienie robotnikow
Nie czochraj sobie tak wlosow bo kto rusza na polnoc
Znajdzie sie na poludniu zawiedziony
Raczej naucz sie wlosy zaplatac
By szlachetnym kamieniom bylo w nich do twarzy
Etykiety:
andre breton,
benjamin peret,
paul eluard,
poezja,
rene char,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Sunday, 19 December 2010
Z tomiku nadrealistycznego (5):
PAUL ELUARD - DRUGA NATURA
(fragmenty)
Na kolana mlodosci na kolana gniewie
Zniewaga sie wykrwawia zagraza ruina
Sasow zachcianek dzisiaj sie nie wienczy
Cierpliwie zyja wsrod reszty szalency
Szlak ryzykownej smierci przekreslily
Arcywspaniale pogrzeby
Zgroza jest grzeczna nedza ma uroki
Milosc sie smieje do fajtlap otylych
Ozdobki naturalne zywioly uspiewnione
Bagniste dziewiczosci fajerwerki malpie
Czcigodne wyczerpanie zaszczytna brzydota
Trudy rozkoszne karmiace niepamiec
Tutaj cierpienie to zwykly przypadek
Jestesmy grunt na ktorym wszystko stoi
Jestesmy wszedzie zeby podtrzymywac
Rozpiete w gorze niebo innych
Wszedzie gdzie nie ma sensu odmawiac istnienia
*
Lez cala rzeka bez powodu
I cala noc w twoim zwierciadle
Zycie z podlogi do powaly
Watpisz o ziemi i o glowie
Na zewnatrz wszystko jest smiertelne
A przeciez wszystko jest na zewnatrz
Dozyjesz tutejszego zycia
I tej przestrzeni pospolitej
Co odpowiada na twe gesty
I co rozkleja twoje slowa
Na jakims murze niepojetym
Kto zatem o twej twarzy mysli?
*
Zeby ujrzec jak legnie sie domysl grobowych dolow
Przestalismy sie calowac cierpienie ozywia
Piers jak pozar odciety opanowany
Ogien juz nie wie nic o swoim spiacym bliznim
Bierze nozyce dni i nocy za ramie
Schodzi na najnizsze galezie
Pada Na ziemi niejasne szczatki cienia
*
Godnosc w ukladzie symetrycznym zycie rozdzielone
Pomiedzy starosc ulic
I mlodosc oblokow
Okiennice zamkniete rece drzace od jasnosci
Rece jak zrodla
I opanowana glowa
*
Smutek na falach zbudzonych kamykiem
Ostrza dzgaja ostrza
Szkla tluka szkla
Lampy gasza lampy
Tyle zerwanych wiezow
Strzala i rana
Oko i swiatlo
Wznoszenie sie i glowa
Niewidzialne w glebi milczenia
*
Wiezniowie maja ochote smiac sie
Stracili klucze zaciekawienia
Obciazaja pragnienie zycia
Niewazkimi kajdankami
Bawia ich jeszcze dawne zarzuty
Lenistwo przestalo byc tajemnicze
Niezaleznosc jest w wiezieniu
(fragmenty)
Na kolana mlodosci na kolana gniewie
Zniewaga sie wykrwawia zagraza ruina
Sasow zachcianek dzisiaj sie nie wienczy
Cierpliwie zyja wsrod reszty szalency
Szlak ryzykownej smierci przekreslily
Arcywspaniale pogrzeby
Zgroza jest grzeczna nedza ma uroki
Milosc sie smieje do fajtlap otylych
Ozdobki naturalne zywioly uspiewnione
Bagniste dziewiczosci fajerwerki malpie
Czcigodne wyczerpanie zaszczytna brzydota
Trudy rozkoszne karmiace niepamiec
Tutaj cierpienie to zwykly przypadek
Jestesmy grunt na ktorym wszystko stoi
Jestesmy wszedzie zeby podtrzymywac
Rozpiete w gorze niebo innych
Wszedzie gdzie nie ma sensu odmawiac istnienia
*
Lez cala rzeka bez powodu
I cala noc w twoim zwierciadle
Zycie z podlogi do powaly
Watpisz o ziemi i o glowie
Na zewnatrz wszystko jest smiertelne
A przeciez wszystko jest na zewnatrz
Dozyjesz tutejszego zycia
I tej przestrzeni pospolitej
Co odpowiada na twe gesty
I co rozkleja twoje slowa
Na jakims murze niepojetym
Kto zatem o twej twarzy mysli?
*
Zeby ujrzec jak legnie sie domysl grobowych dolow
Przestalismy sie calowac cierpienie ozywia
Piers jak pozar odciety opanowany
Ogien juz nie wie nic o swoim spiacym bliznim
Bierze nozyce dni i nocy za ramie
Schodzi na najnizsze galezie
Pada Na ziemi niejasne szczatki cienia
*
Godnosc w ukladzie symetrycznym zycie rozdzielone
Pomiedzy starosc ulic
I mlodosc oblokow
Okiennice zamkniete rece drzace od jasnosci
Rece jak zrodla
I opanowana glowa
*
Smutek na falach zbudzonych kamykiem
Ostrza dzgaja ostrza
Szkla tluka szkla
Lampy gasza lampy
Tyle zerwanych wiezow
Strzala i rana
Oko i swiatlo
Wznoszenie sie i glowa
Niewidzialne w glebi milczenia
*
Wiezniowie maja ochote smiac sie
Stracili klucze zaciekawienia
Obciazaja pragnienie zycia
Niewazkimi kajdankami
Bawia ich jeszcze dawne zarzuty
Lenistwo przestalo byc tajemnicze
Niezaleznosc jest w wiezieniu
Etykiety:
paul eluard,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Friday, 17 December 2010
Z tomiku nadrealistycznego (4):
PAUL ELUARD - PO PIERWSZE
Wszechmocne nosicielki pozadania
Zrenice wielkie nowo narodzone
By stlumic swiatlo
Luk twoich piersi napiety przez slepca
Ktory pamieta twoje rece
Lagodne fale twoich wlosow
Unosza sie w bezwiednej rzece glowy
Pieszczoty na wskros ciala
I twoje usta milczace
Moga dokazac niepodobienstwa
*
Ja to wyznalem ci na obloki
Ja to wyznalem ci na drzewo morza
Na kazda fale na ptaki wsrod lisci
Na kamyki chrzestu
Na rece znajome
Na wzrok ktory sie staje twarza lub pejzazem
I sen mu zwraca niebo jego wlasnej barwy
Na wysaczona do dna noc
Na platanine drog
Na uchylone okno na odkryte czolo
Ja to wyznalem ci na twoje mysli i slowa
Wszelka pieszczota wszelka ufnosc przetrwaja siebie
*
Ziemia niebieska jest jak pomarancza
To nie pomylka slowa nie klamia
Nic wam wyspiewac juz nie daja
Gdyscie odnalezli wspolny jezyk w pocalunkach
Szalency i zakochani
Ona z obraczka slubna ust
Wszystkie usmiechy wszystkie tajemnice
I co za stroje poblazliwe
Dla mysli ze jest calkiem naga.
Osy kwitna zielono
jutrznia ozdabia szyje
Sznurem blyszczacych okien
Skrzydla przeslaniaja liscie
Masz wszystkie radosci sloneczne
Cale slonce na ziemi
Na sciezkach twojego piekna.
*
Mila jesli chcesz ucielesnic moje pragnienia
Zloz wargi w niebie swoich slow jak gwiazde
Calusy w nocy zywej
A swych ramion falowanie wokol mnie
Jak plomien na znak podboju
Moje sny sa na jawie
Jasne i nieprzerwane.
A kiedy ciebie tutaj nie ma
Snie ze zasnalem snie ze snie.
*
Jedyna pieszczota
Rozswietlam ciebie w calej pelni blasku.
Wszechmocne nosicielki pozadania
Zrenice wielkie nowo narodzone
By stlumic swiatlo
Luk twoich piersi napiety przez slepca
Ktory pamieta twoje rece
Lagodne fale twoich wlosow
Unosza sie w bezwiednej rzece glowy
Pieszczoty na wskros ciala
I twoje usta milczace
Moga dokazac niepodobienstwa
*
Ja to wyznalem ci na obloki
Ja to wyznalem ci na drzewo morza
Na kazda fale na ptaki wsrod lisci
Na kamyki chrzestu
Na rece znajome
Na wzrok ktory sie staje twarza lub pejzazem
I sen mu zwraca niebo jego wlasnej barwy
Na wysaczona do dna noc
Na platanine drog
Na uchylone okno na odkryte czolo
Ja to wyznalem ci na twoje mysli i slowa
Wszelka pieszczota wszelka ufnosc przetrwaja siebie
*
Ziemia niebieska jest jak pomarancza
To nie pomylka slowa nie klamia
Nic wam wyspiewac juz nie daja
Gdyscie odnalezli wspolny jezyk w pocalunkach
Szalency i zakochani
Ona z obraczka slubna ust
Wszystkie usmiechy wszystkie tajemnice
I co za stroje poblazliwe
Dla mysli ze jest calkiem naga.
Osy kwitna zielono
jutrznia ozdabia szyje
Sznurem blyszczacych okien
Skrzydla przeslaniaja liscie
Masz wszystkie radosci sloneczne
Cale slonce na ziemi
Na sciezkach twojego piekna.
*
Mila jesli chcesz ucielesnic moje pragnienia
Zloz wargi w niebie swoich slow jak gwiazde
Calusy w nocy zywej
A swych ramion falowanie wokol mnie
Jak plomien na znak podboju
Moje sny sa na jawie
Jasne i nieprzerwane.
A kiedy ciebie tutaj nie ma
Snie ze zasnalem snie ze snie.
*
Jedyna pieszczota
Rozswietlam ciebie w calej pelni blasku.
Etykiety:
paul eluard,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Friday, 20 August 2010
Z tomiku nadrealistycznego:
PAUL ELUARD - MOWA
Latwo mi sie podobac szczesliwie sie zlozylo
Niose sie po dachu wiatrow
Niose sie po dachu morz
Stalam sie na wskros czula
Zadnych przewodnikow juz nie potrzebuje
Jedwab na szkliwie juz sie nie burze
Kwiaty kamyki jestem chora
Juz kocham tylko chinczyk rozanielony
Juz kocham tylko naga w ptasich wzlotach
Juz jestem stara lecz tu jestem piekna
I cien ktory co wieczor z glebi okien schodzi
Oszczedza czarne serce moich oczu
ANTONIN ARTAUD - POETO CZARNY
Poeto czarny, piers dziewicy
wciaz cie nawiedza,
poeto rozjatrzony, zycie kipi,
a miasto plonie,
a niebo sie roztapia w deszcz,
a twoje pioro skrobie w serce zycia.
Knieje, knieje, oczy sie mrowia
na szyszkach rozmnozonych;
wlosy z ciemnych burz, poeci
dosiadaja koni, psow.
Oczy sie wsciekaja, jezyki obracaja,
niebo naplywa do nozdrzy
jak pozywne blekitne mleko;
zawislem u waszych ust,
kobiety, twarde serca z octu.
YVAN GOLL - DZIESIEC TYSIECY BRZASKOW
(fragmenty cyklu)
Twoje oczy we wszystkim: w dojrzalych owocach
Drzewa Wiadomosci
Twoje oczy bardziej jasnowidzace
Niz oczy slepego Sfinksa
Twoje oczy pestki migdalowe
W ciele zywej moreli
Twoje oczy z basni
Skradzione tybetanskim kozom
Twoje oczy pod kazda powieka
Roz Francji
Twoje oczy w wachlarzu pawia
W luskach karpia
Twoje zielone kola ratunkowe
Na szlaku katastrof
Twoje oczy z dzinu
ktory pije az do obledu
Twoje oczy gwiezdne
Ktore tworza pare w konstelacji Perseusza
Twoje oczy srodziemnomorskie
W ktorych glebi smieje sie moj trup
***
Wroc:
Wymysle dla nas piata pore roku,
W ktorej ostrygi stana sie skrzydlami,
W ktorej ptaki beda spiewac Debussy'ego,
A zlote hesperydy
Dojrzewac na figowcach.
Pozmieniam wszyskie kalendarze,
Znikna z nich daty twoich dawnych schadzek,
Na mapach Europy
Wymaze drogi twych ucieczek.
Wroc:
Swiat sie odrodzi,
Busole beda mialy nowa Polnoc:
Twoje serce!
Etykiety:
antonin artaud,
paul eluard,
poetry,
poezja,
surrealizm,
yvan goll,
z tomiku nadrealistycznego
Thursday, 19 August 2010
Dama karowa - Paul Eluard
Mlody chlopak, otworzylem ramiona czystosci. Bylo to tylko bicie skrzydel w niebie mojej wiecznosci, bicie serca zakochanego, ktore uderza w piersi podbitych. Nie moglem juz upasc.
Kochajac milosc. W istocie, olsnilo mnie swiatlo.
Zachowalem go w sobie tyle, ze spokojnie przygladam sie nocy, calej nocy, wszystkim nocom.
Kazda dziewica jest inna. Zawsze sni mi sie jakas dziewica.
W szkole, znajduje sie w lawce przede mna, w czarnym mundurku. Kiedy obraca sie do mnie, by spytac o rowiazanie jakiejs kwestii, tak mnie zbija z tropu, ze, litujac sie nad moim speszeniem, obejmuje mnie za szyje.
Kiedy indziej, porzuca mnie. Wsiada na statek. Jestesmy sobie niemal obcy, ale jej mlodosc jest do tego stopnia wielkoduszna, ze wcale mnie nie zaskakuje swoim pocalunkiem.
Innym razem, kiedy jest chora, sciskam jej dlon, az od tego umieram, az sie budze.
Biegne na randki tym spieszniej, im bardziej lekam sie, iz zanim zdaze przybyc, inne mysli uprowadza mnie od siebie samego.
Kiedys tam, mial wlasnie nastapic koniec swiata, a my z naszej milosci niczego nie wiedzielismy. Powolnymi pieszczotliwymi ruchami glowy szukala moich warg. Tamtej nocy swiecie wierzylem, ze przywracam ja dniowi.
I zawsze to samo przyzwolenie, ta sama mlodosc, te same czyste oczy, ten sam niewinny gest jej ramion obejmujacych mnie za szyje, ta sama pieszczota, to samo objawienie.
Ale za kazdym razem inna kobieta.
Karty mi powiedzialy, ze ja spotkam w zyciu, ale jej nie rozpoznam.
Kochajac milosc.
Etykiety:
paul eluard,
poetry,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Z niedostatku milczenia - Paul Eluard
Zamknalem sie w swej milosci, marze.
*
Ktore z nas dwojga wymyslilo drugiego?
*
Twarz wiertarka murow.
*
Twoje pomaranczowe wlosy w pustym swiecie,
W pustych szybach ciezkich od ciszy i cienia,
Gdzie golymi rekami chce odnalezc wszystkie twoje odbicia.
Twoje serce ma ksztalt chimeryczny,
A twoja milosc jest podobna do moich pragnien straconych.
O, ambrowe westchnienia, marzenia, spojrzenia.
Jednak nie zawsze bylas ze mna. Moja pamiec
Sciemnia sie stale widzac, jak przychodzisz
I odchodzisz. Czas mowi slowami jak milosc.
*
Kochala mnie, zeby zapomniec o mnie; zyla, zeby umrzec.
*
W najciemniejszych oczach mieszcza sie najjasniejsze.
*
Swiatla podyktowane swiatlu stalemu i ubogiemu ida ze mna przez wszystkie sluzy zycia. Poznawalem kobiety czujac bliskosc ich wlosow, ich biustow, ich rak. Zapomnialy o wiosnie, bledna do utraty tchu.
A ty, ty krylas sie jak szpada w zwodzie, ty, dumna, zastygalas w majestatycznej twarzy jakiejs bogini pelnej wzgardy i zamaskowanej. Promieniejaca miloscia, zachwycalas wszechswiat nieswiadomy niczego. Schwycilem cie i odtad, pijany lzami, caluje wszedzie zamiast ciebie przestrzen opuszczona.
*
Kochanie, kochanie moje, widac poprzysieglem sobie, ze cie utrace.
*
Stroj miny, wiecznie mala dziewuszko.
*
Ksztalt twoich oczu nie uczy mnie zyc.
*
I skoro naleze do innych, pamietaj o tym.
*
Twoja twarz zlotousta nie smieje sie we mnie,
Mowisz i jasnosc twych slow jest tak niezrownana,
Ze w nocach z lat utkanych, z mlodosci i smierci,
Wciaz slysze, jak wibruje twoj glos w zgielku swiata.
W tym jedwabistym brzasku, gdzie kielkuje chlod,
Zagrozona lubieznosc snu na prozno pragnie,
Ciala, co w dloniach slonca budza sie na dobre,
Drza na mysl, ze znow odezwie sie w nich serce.
Pamietny bor zielony, mgla, przez ktora brodze,
Na widok twoj zamknalem oczy, jestem twoj,
Calym zyciem cie slucham, nie moge zniweczyc
Blogostanu groznego, daru twej milosci.
*
Placz, lzy to platki serca.
*
Gdzie jestes? Toczysz slonce zapomnienia w moim sercu?
*
Oddaj sie, twoje dlonie niech otworza sie jak oczy.
*
Piers podana do przodu, uciekasz, szalona.
*
Maluje sie diablice, a ona coraz bledsza.
*
Ona jest - lecz tylko o polnocy, kiedy juz biale ptaki z powrotem zamknely skrzydla na widok niewiedzy mrokow, kiedy siostra nieprzebranych konstelacji perel dlonie swoje zanurza we wlosy zmartwiale, kiedy zwyciezca ma ochote plakac, znuzony celebrowaniem ciekawosci, tej bijacej blaskiem, meskiej zbroi wyuzdania. Tymczasem ona jest tak lagodna, ze przemienila
moje serce. Przerazaly mnie wielkie cienie tkajace zielone sukna gry i ubiory, przerazaly mnie blazenstwa zlonca o zachodzie, niezniszczalne galezie oczyszczajace wszystkie okienka konfesjonalow, gdzie czekaja nas uspione kobiety.
O popiersie pamieci, pomylko formy, linie brakujace, w moich zamknietych oczach zagasly plomieniu, to ty masz urok, przed ktorym stoje jak dziecko w nurcie wody, jak kepa w wielkim lesie. Nokturnie, wszechswiat sie porusza w kregu twojego ciepla, a wczorajsze miasta maja dotyk delikatniejszy od glogu i bardziej dojmujacy niz chwila. Ziemia w oddali zalamuje sie w usmiechy znieruchomiale, niebo spowija zycie: nowa gwiazda milosci zewszad wyblyska - i koniec, nie ma juz oznak nocy.
Etykiety:
paul eluard,
poetry,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Monday, 12 July 2010
My favourite surrealistic poems
ROBERT DESNOS - I HAVE DREAMED OF YOU SO MUCH
| I have dreamed of you so much that you are no longer real. Is there still time for me to reach your breathing body, to kiss your mouth and make your dear voice come alive again? I have dreamed of you so much that my arms, grown used to being crossed on my chest as I hugged your shadow, would perhaps not bend to the shape of your body. For faced with the real form of what has haunted me and governed me for so many days and years, I would surely become a shadow. O scales of feeling. I have dreamed of you so much that surely there is no more time for me to wake up. I sleep on my feet prey to all the forms of life and love, and you, the only one who counts for me today, I can no more touch your face and lips than touch the lips and face of some passerby. I have dreamed of you so much, have walked so much, talked so much, slept so much with your phantom, that perhaps the only thing left for me is to become a phantom among phantoms, a shadow a hundred times more shadow than the shadow the moves and goes on moving, brightly, over the sundial of your life. PAUL ELUARD - LADY LOVE And her hair is in my hair She has the color of my eye She has the body of my hand In my shade she is engulfed As a stone against the sky She will never close her eyes And she does not let me sleep And her dreams in the bright day Make the suns evaporate And me laugh cry and laugh Speak when I have nothing to say PAUL ELUARD - YOUR ORANGE HAIR... Your orange hair in the void of the world In the void of these heavy panes of silence Shade where my bare hands seek your image. The shape of your heart is chimerical And your love resembles my lost desire. O sighs of amber, dreams, glances. But you were not always here. My memory Is still obscured by seeing your coming And going. Time consumes words, like love. PAUL ELUARD - AT THE WINDOW
|
Etykiety:
paul eluard,
poetry,
poezja,
robert desnos,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Subscribe to:
Posts (Atom)