PIERRE REVERDY - KREW MALZENSTWA
Wołał na uliczce w ukryciu
Ja jestem mężem tej rozchełstanej kobiety
Która pokaże wam serce i duszę za darmo
Oglądajcie
Godzina odjazdu wybiła już dawno
Potem był już tylko przypadek podróże bez końca
I ta podróż która się kończy sami wiecie jak
Ale nie wiadomo kiedy
Nikt nie wie kiedy
Mężczyzna i kobieta byli do siebie podobni
Za bezcen ciało i za bezcen dusza
Nie wiadomo już kto był mężczyzną a kto kobietą
Wyszedłszy razem wracali tymi samymi drzwiami
Ile czasu tam pozostawali
Tego także nikt nie wie
Kiedy znów wyszli byli tak do siebie podobni
Gotowi na wszystko
Że nie można ich było rozdzielić
Trzeba ich było zostawić razem
A kiedy przyjeżdżał pociąg wypełniony aż po okna
Ktoś niewidoczny pędził z tyłu
To podróż bez końca
Można rozpocząć ją w porę lub spóźnić się na pociąg
Podróżni wysiadają jeden po drugim
Wchodzą na ścieżkę małego cmentarza
Przysiadają na kamiennej ławce
Cyprysy niosą w palcach księżyc
Ci którzy odjechali śmieją się z tych co wyruszają
I radość ich potrwa co najmniej do jutra
Ale trzeba pokrzyczeć trochę na jego żonę
Znikła on został została i ona
Byli tak podobni do siebie
Że jedno bez drugiego nie mogłoby umrzeć
Miasto jest zbyt wysokie i prostopadłe
Opuściliśmy uliczkę gdzie słońce grzało
Na brukach sztywno pnących się w niebo
Dla wsi cienistych wierzb i jasnych strumieni
Dla malowanej na zielono karczmy
Na wypłowiałej łące
Milczący las otwiera drzwi
Strumienie to szyny gdzie woda drzemie w upale
Patrzymy w niebo nadchodzi niepamięć kołysze cisza
Nareszcie spokój i ukojenie
Wracają gromadnie wspomnienia
Urodziliśmy się tutaj miasto przyszło później
Włóczymy się po ulicach z których chciałoby się wyjść
Ale to już koniec spoglądamy na siebie
Mamy takie same oczy taki sam nos
Usta mówią te same słowa
Jak bardzo jesteśmy do siebie podobni
Tylko ducha tu nie ma
Więc gdzie jest ukryty
Ach złodzieju złodzieju odsłoń swoją koszulę odsłoń spojrzenie
Chciałbym cię rozszarpać
Nie wyjawiłeś mi wszystkiego
PIERRE REVERDY - NADZIEJA NA POWROT
Ręce uniesione w stronę miejsca w którym grzmi
mocarna wściekłość
Kto się zemści
Nawet jeśli wszystko powróci do ciszy na długo
Zachowana zostanie pamięć o piorunie
Słaby się modli
Biedny krzyczy
A ja ani pobity ani zwycięski
Do połowy wolny i niewolny o mało nie umarłem
Ciężkimi ciosami fałszywej radości wypędzam Nudę
Jest sucha
Stoi za ruchomym wieszakiem jak cień
Przybity do ściany
Jaki to był wspaniały huk
Upiłem się jak winem
Głowa mi się wzdęła
Rozpacz jest szczególnie uparta
To ona prowadzi do głębi wszystkiego
Jakiej głębi
Zbadana dziura nie jest warta trudu
Widać ją
Wspinam się na sztywnych rękach
Usta gorzkie i wykrzywione
Po ulicach biegnę jak szalony
Aż do ogrodów gdzie bawią się dzieci
Ciche i dzikie ich gesty zapowiadają
Co stanie się później
W końcu zamiast upaść na jezdnię
Styrany jak zmordowany koń
Wdrapuję się na wyższe piętra bez wysiłku
A śnieg leciutko zaczyna padać
PIERRE REVERDY - HORYZONT
Mój palec krwawi
Piszę do ciebie
Nim
Skończyło się panowanie starych królów
Sen to kiełbasa
Ciężko
Zwisa z sufitu
Popiół twojego cygara
Zawiera całe światło
Na zakręcie drogi
Drzewa krwawią
Morderca słońce
Kaleczy sosny
I wszystkich przechodzących po mokrej łące
Wieczór w którym zasnął pierwszy puszczyk
Byłem pijany
Moje ręce zwisały luźno
A niebo mnie podtrzymywało
Niebo w którym co rano przemywam oczy
Moja czerwona ręka to słowo
Krótki sygnał w którym drga płacz
Krew wylana na bibułę
Atrament nie kosztuje nic
Chodzę po plamach-kałużach
Pomiędzy czarnymi strumykami które dalej płyną
Na koniec świata gdzie jestem oczekiwany
Oto źródło albo krople krwi płynące
z mego serca które słyszę
W błękicie nieba trąbka wzywa na zbiórkę
Showing posts with label pierre reverdy. Show all posts
Showing posts with label pierre reverdy. Show all posts
Wednesday, 18 May 2011
Z tomiku nadrealistycznego (22):
PIERRE REVERDY - WIATR I DUCH
Zdumiewająca chimera. Głowa tkwiąca powyżej pietra, między dwoma przewodami, sztywna i nieruchoma.
Nieznajoma głowa mówi, a ja nie rozumiem ani słowa i nie słyszę żadnego dźwięku – blisko przy ziemi. Stoję na chodniku naprzeciw i patrzę; patrzę na słowa, które unosi wiatr; słowa, które odrzuci dalej. głowa mówi. A ja nie słyszę nic, wiatr wszystko rozprasza.
O wielki wietrze, kpiący i ponury, pragnąłem twojej śmierci. A ty porwałeś kapelusz
i mnie. Nie mam już nic, ale moja nienawiść wciąż trwa, dłużej niż ty, niestety.
PIERRE REVERDY - ZAGUBIONA GLOWA
Na ulicy po której nie chodzi nikt
Między numerem 13 a 30
Przez jakiś czas
Przez wszystkie te dni i kolejne
Jestem tu i czekam
Czekam na ciebie
Z daleka stamtąd zewsząd
Skąd przybywasz nie przybędziesz
znasz ten i tamten świat
I wszystko czego jeszcze nie poznałaś
Czemu zaprzeczasz
Co wyśmiewasz
Ale kiedy musisz wyjechać to płaczesz
Teraz bije dzwon a ja jestem tu
Koło mnie są ludzie ale nawet na mnie nie patrzą
ludzie których widziałem i którzy mnie nie widzą
Bogaci ludzie i inni którzy mają talent
Wreszcie wszyscy o których dzisiaj się mówi
Ale ty gdzie jesteś
Dlaczego jeszcze nie przybyłaś
Jakiś hałas dochodzi z dworu
To nie po mnie ani po nich
To twoja kolej
I nagle to ty
Jak zwykle smutna
Jaka figura
Kilka kropel deszczu lśni
Na twoich włosach
PIERRE REVERDY - DOSKONALA RUINA
Zgubiłem sekret który mi przekazano
Nie wiem już co mam robić
Przez chwilę pomyślałem że nie to szkodzi
Teraz nic nie pasuje
Oto mężczyzna bez stóp który chciałby pobiec
Oto kobieta bez głowy która chciałaby mówić
Oto dziecko które ma jedynie oczy do wypłakania
Jednak widziałem cię jak odjeżdżałeś
Trąbka zagrała
Już byłeś daleko
Tłum krzyczał
Ale ty się nie odwróciłeś
Czeka nas długa droga krok po kroku
Pójdziemy nią razem
PIERRE REVERDY - POZEGNANIE
Blask dalej niż głowa
Skok serca
Na zboczu po którym powietrze toczy swój głos
promienie koła
słońce w koleinie
Na skrzyżowaniu
przy skarpie
modlitwa
Kilka niedosłyszalnych słów
Bliżej nieba
I na śladach jego kroków
ostatni kwadrat światła
Zdumiewająca chimera. Głowa tkwiąca powyżej pietra, między dwoma przewodami, sztywna i nieruchoma.
Nieznajoma głowa mówi, a ja nie rozumiem ani słowa i nie słyszę żadnego dźwięku – blisko przy ziemi. Stoję na chodniku naprzeciw i patrzę; patrzę na słowa, które unosi wiatr; słowa, które odrzuci dalej. głowa mówi. A ja nie słyszę nic, wiatr wszystko rozprasza.
O wielki wietrze, kpiący i ponury, pragnąłem twojej śmierci. A ty porwałeś kapelusz
i mnie. Nie mam już nic, ale moja nienawiść wciąż trwa, dłużej niż ty, niestety.
PIERRE REVERDY - ZAGUBIONA GLOWA
Na ulicy po której nie chodzi nikt
Między numerem 13 a 30
Przez jakiś czas
Przez wszystkie te dni i kolejne
Jestem tu i czekam
Czekam na ciebie
Z daleka stamtąd zewsząd
Skąd przybywasz nie przybędziesz
znasz ten i tamten świat
I wszystko czego jeszcze nie poznałaś
Czemu zaprzeczasz
Co wyśmiewasz
Ale kiedy musisz wyjechać to płaczesz
Teraz bije dzwon a ja jestem tu
Koło mnie są ludzie ale nawet na mnie nie patrzą
ludzie których widziałem i którzy mnie nie widzą
Bogaci ludzie i inni którzy mają talent
Wreszcie wszyscy o których dzisiaj się mówi
Ale ty gdzie jesteś
Dlaczego jeszcze nie przybyłaś
Jakiś hałas dochodzi z dworu
To nie po mnie ani po nich
To twoja kolej
I nagle to ty
Jak zwykle smutna
Jaka figura
Kilka kropel deszczu lśni
Na twoich włosach
PIERRE REVERDY - DOSKONALA RUINA
Zgubiłem sekret który mi przekazano
Nie wiem już co mam robić
Przez chwilę pomyślałem że nie to szkodzi
Teraz nic nie pasuje
Oto mężczyzna bez stóp który chciałby pobiec
Oto kobieta bez głowy która chciałaby mówić
Oto dziecko które ma jedynie oczy do wypłakania
Jednak widziałem cię jak odjeżdżałeś
Trąbka zagrała
Już byłeś daleko
Tłum krzyczał
Ale ty się nie odwróciłeś
Czeka nas długa droga krok po kroku
Pójdziemy nią razem
PIERRE REVERDY - POZEGNANIE
Blask dalej niż głowa
Skok serca
Na zboczu po którym powietrze toczy swój głos
promienie koła
słońce w koleinie
Na skrzyżowaniu
przy skarpie
modlitwa
Kilka niedosłyszalnych słów
Bliżej nieba
I na śladach jego kroków
ostatni kwadrat światła
Etykiety:
pierre reverdy,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Z tomiku nadrealistycznego (21):
PIERRE REVERDY - CZAS MIJA
Pierwsza zapalona na niebie gwiazda odbija się już
w szybie chaty. Podróżny udający się w zbyt długą drogę,
gdzie nie będzie kamienia, na którym mógłby usiąść, ani
drzewa, pod którym mógłby się schronić przed zbyt rozległą
nocą i dobiegającym z dala hałasem, uciekał gnany niejasnymi
groźbami strachu.
Nigdy nie znajdował innego schronienia, niż przestrzeń.
Światło przesuwało się powoli coraz niżej, po ramionach
krzyża, po szczycie kalwarii i po zniszczonych schodach
osuwających się w rów na zakręcie, skąd prowadzi w górę
droga. Widział świetlisty ślad kroków innego, który długo
tu przebywał. Tego, który zawsze odchodzi, gdy się na
niego czeka.
PIERRE REVERDY - SAMOTNOSC
Nad głową drewniane gzymsy niedokładnie jeszcze przycięte
W dłoni przezroczysta woda rzek
I we wszystkich kierunkach słoneczne promienie
podnoszące powieki obrzeża horyzontu na których drżą cyprysy
Rząd podobnych do siebie mężczyzn
ciągnie do klasztoru o nie domkniętych bramach
W oddali za dwoma skałami i górą
po której krzewy staczają się w głąb wąwozu niepewnymi ruchami
Wszystkie ptaki się zlatują i mówią równocześnie
Widać jeden tylko wylot nocy
I nie jest to ten który przebłyskuje przede mną
Ale skoro bez potrzeby wygaszono wszystkie bramy
Niebo jest blade jak policzki zmarłego i ręce u krzyża
Ogień wzbija się z domu powyżej drzew
I płomień miesza się z dźwiękiem innych głosów
PIERRE REVERDY - NIEPOZORNY WYGLAD
Pociąg gwiżdże i odjeżdża wśród dymu rzednącego nisko pod niebem.
To długi konwój łez i na każdym peronie, gdzie trzeba się rozstać, coraz to inne ramiona powiewają chustkami. Ale on jest sam i jego okulary ciemnieją od łez innych,
a może od deszczu uderzającego o szybę, do której przyciska nos. Nikogo nie zostawił i nikt nie będzie go oczekiwał na dworcu, gdzie wysiądzie.
Zresztą nie ma zwyczaju opowiadać o swoich podróżach, nie potrafi opisać miejsca,
w którym był. Być może nigdzie nie był, a kiedy patrzeć na niego, ze strachu, by go
o coś nie zapytano, spuszcza wzrok lub wznosi go ku niebu, gdzie rozpływają się wciąż nowe obłoki. Po przyjeździe, bez oznak radości lub zniecierpliwienia odchodzi sam w głąb nocy i pod gazowymi latarniami oświetlającymi go raz po raz niknie ze swoją walizeczką w ręce. Jest sam, można przypuszczać, że jest sam. Jednak coś za nim idzie, a może ktoś, w dziwnym kształcie cienia.
PIERRE REVERDY - O SWICIE
W moim śnie głowa dziecka znajdowała się pośrodku.
Jeśli chmury zbiorą się na twoim dachu, a deszcz cię
oszczędzi – czy zachowasz w tajemnicy ten podwójny cud?
Ale żaden głos cię nie woła. Jeśli wstaniesz i będziesz szedł
boso, rozchorujesz się. Dokąd zresztą mógłbyś stąd iść,
poprzez parowy światła?
Pierzyna trwała w milczeniu; z podkurczonymi pod siebie
nogami idzie podpierając się na skrzydłach i wychodzi.
Był to anioł i jeszcze bielszy świtający poranek.
Pierwsza zapalona na niebie gwiazda odbija się już
w szybie chaty. Podróżny udający się w zbyt długą drogę,
gdzie nie będzie kamienia, na którym mógłby usiąść, ani
drzewa, pod którym mógłby się schronić przed zbyt rozległą
nocą i dobiegającym z dala hałasem, uciekał gnany niejasnymi
groźbami strachu.
Nigdy nie znajdował innego schronienia, niż przestrzeń.
Światło przesuwało się powoli coraz niżej, po ramionach
krzyża, po szczycie kalwarii i po zniszczonych schodach
osuwających się w rów na zakręcie, skąd prowadzi w górę
droga. Widział świetlisty ślad kroków innego, który długo
tu przebywał. Tego, który zawsze odchodzi, gdy się na
niego czeka.
PIERRE REVERDY - SAMOTNOSC
Nad głową drewniane gzymsy niedokładnie jeszcze przycięte
W dłoni przezroczysta woda rzek
I we wszystkich kierunkach słoneczne promienie
podnoszące powieki obrzeża horyzontu na których drżą cyprysy
Rząd podobnych do siebie mężczyzn
ciągnie do klasztoru o nie domkniętych bramach
W oddali za dwoma skałami i górą
po której krzewy staczają się w głąb wąwozu niepewnymi ruchami
Wszystkie ptaki się zlatują i mówią równocześnie
Widać jeden tylko wylot nocy
I nie jest to ten który przebłyskuje przede mną
Ale skoro bez potrzeby wygaszono wszystkie bramy
Niebo jest blade jak policzki zmarłego i ręce u krzyża
Ogień wzbija się z domu powyżej drzew
I płomień miesza się z dźwiękiem innych głosów
PIERRE REVERDY - NIEPOZORNY WYGLAD
Pociąg gwiżdże i odjeżdża wśród dymu rzednącego nisko pod niebem.
To długi konwój łez i na każdym peronie, gdzie trzeba się rozstać, coraz to inne ramiona powiewają chustkami. Ale on jest sam i jego okulary ciemnieją od łez innych,
a może od deszczu uderzającego o szybę, do której przyciska nos. Nikogo nie zostawił i nikt nie będzie go oczekiwał na dworcu, gdzie wysiądzie.
Zresztą nie ma zwyczaju opowiadać o swoich podróżach, nie potrafi opisać miejsca,
w którym był. Być może nigdzie nie był, a kiedy patrzeć na niego, ze strachu, by go
o coś nie zapytano, spuszcza wzrok lub wznosi go ku niebu, gdzie rozpływają się wciąż nowe obłoki. Po przyjeździe, bez oznak radości lub zniecierpliwienia odchodzi sam w głąb nocy i pod gazowymi latarniami oświetlającymi go raz po raz niknie ze swoją walizeczką w ręce. Jest sam, można przypuszczać, że jest sam. Jednak coś za nim idzie, a może ktoś, w dziwnym kształcie cienia.
PIERRE REVERDY - O SWICIE
W moim śnie głowa dziecka znajdowała się pośrodku.
Jeśli chmury zbiorą się na twoim dachu, a deszcz cię
oszczędzi – czy zachowasz w tajemnicy ten podwójny cud?
Ale żaden głos cię nie woła. Jeśli wstaniesz i będziesz szedł
boso, rozchorujesz się. Dokąd zresztą mógłbyś stąd iść,
poprzez parowy światła?
Pierzyna trwała w milczeniu; z podkurczonymi pod siebie
nogami idzie podpierając się na skrzydłach i wychodzi.
Był to anioł i jeszcze bielszy świtający poranek.
Etykiety:
pierre reverdy,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Z tomiku nadrealistycznego (20):
PIERRE REVERDY - SERCE DO SERCA
Nareszcie stanąłem na nogach
Przeszedłem przez to
Teraz kto inny podobnie jak ja
Przechodzi przez to samo
Nie wiedząc dokąd zmierza
Drżałem
W głębi pokoju ściana była czarna
Ona też drżała
Jak mogłem przekroczyć próg twego domu
Można by krzyczeć
Ale nikt nie usłyszy
Można by płakać
Ale nikt się nie wzruszy
Odnalazłem swój cień w ciemności
Był łagodniejszy od ciebie
Wówczas
Stał smutny w kącie
To śmierć przyniosła ci ten spokój
Ale mówisz wciąż jeszcze mówisz
Chciałbym cię zapomnieć
Gdyby tu wpadło bodaj trochę powietrza
Gdyby światło z zewnątrz pozwoliło mi lepiej widzieć
Jest duszno
Sufit ciąży mi nad głową i odpycha
Gdzie mam się podziać dokąd pójść
Nie ma tu dosyć miejsca na umieranie
Dokąd idą kroki które oddalają się ode mnie
Słyszę je gdzieś bardzo daleko
Jesteśmy sami mój cień i ja
Zapada noc
PIERRE REVERDY - PRASOWACZKA
Kiedyś jej ręce tworzyły dwie różowe plamy na olśniewająco białej bieliźnie, którą pracowała. Ale w ty sklepie, gdzie piec jest zawsze zbyt rozgrzany, powoli wyparowała z niej krew. Staje się coraz bledsza i w unoszącej się parze zaledwie ją można dostrzec wśród lśniących fal koronek.
Jej jasne włosy powiewają w powietrzu w puklach promieni i żelazko posuwa się niestrudzenie, wznosząc z bielizny chmury – a wokół stołu jej dusza prasowaczki biegnie
i składa się jak bielizna, nucąc piosenkę – na co nikt nie zwraca uwagi.
PIERRE REVERDY - SKONCZONY CZLOWIEK
Wieczorem wyprowadza na deszcz i nocne niebezpieczeństwa swój bezkształtny cień
i to wszystko, co go uczyniło gorzkim.
Przy pierwszym spotkaniu drży – dokąd schronić się przed rozpaczą?
Tłum snuje się na wietrze, który torturuje gałęzie, a Władca nieba wodzi za nim wściekłym okiem.
Skrzypiący szyld – przerażenie. Zakołysały się drzwi i okiennica na górze uderza o mur; biegnie i zostawia za sobą skrzydła, które unosiły czarnego anioła.
A potem, w korytarzach bez końca, na udręczonych polach nocy, w ciemnych granicach przenikają przez przepierzenia, chwieją się źle zbudowane idee, rozbrzmiewają dzwony dwuznacznej śmierci.
PIERRE REVERDY - SWIATLO
Mała plamka błyszczy miedzy trzepoczącymi powiekami. Pokój jest pusty i okiennice otwierają się na gęsty pył. To wchodzi dzień, a może jakieś wspomnienie każe oczom zapłakać. Krajobraz muru – horyzont za tobą – pamięć twoja w nieładzie i bliżej oczu niebo. Są tam drzewa i chmury, wystające głowy i ręce poranione światłem. Potem spada zasłona i owija wszystkie kształty w noc.
Nareszcie stanąłem na nogach
Przeszedłem przez to
Teraz kto inny podobnie jak ja
Przechodzi przez to samo
Nie wiedząc dokąd zmierza
Drżałem
W głębi pokoju ściana była czarna
Ona też drżała
Jak mogłem przekroczyć próg twego domu
Można by krzyczeć
Ale nikt nie usłyszy
Można by płakać
Ale nikt się nie wzruszy
Odnalazłem swój cień w ciemności
Był łagodniejszy od ciebie
Wówczas
Stał smutny w kącie
To śmierć przyniosła ci ten spokój
Ale mówisz wciąż jeszcze mówisz
Chciałbym cię zapomnieć
Gdyby tu wpadło bodaj trochę powietrza
Gdyby światło z zewnątrz pozwoliło mi lepiej widzieć
Jest duszno
Sufit ciąży mi nad głową i odpycha
Gdzie mam się podziać dokąd pójść
Nie ma tu dosyć miejsca na umieranie
Dokąd idą kroki które oddalają się ode mnie
Słyszę je gdzieś bardzo daleko
Jesteśmy sami mój cień i ja
Zapada noc
PIERRE REVERDY - PRASOWACZKA
Kiedyś jej ręce tworzyły dwie różowe plamy na olśniewająco białej bieliźnie, którą pracowała. Ale w ty sklepie, gdzie piec jest zawsze zbyt rozgrzany, powoli wyparowała z niej krew. Staje się coraz bledsza i w unoszącej się parze zaledwie ją można dostrzec wśród lśniących fal koronek.
Jej jasne włosy powiewają w powietrzu w puklach promieni i żelazko posuwa się niestrudzenie, wznosząc z bielizny chmury – a wokół stołu jej dusza prasowaczki biegnie
i składa się jak bielizna, nucąc piosenkę – na co nikt nie zwraca uwagi.
PIERRE REVERDY - SKONCZONY CZLOWIEK
Wieczorem wyprowadza na deszcz i nocne niebezpieczeństwa swój bezkształtny cień
i to wszystko, co go uczyniło gorzkim.
Przy pierwszym spotkaniu drży – dokąd schronić się przed rozpaczą?
Tłum snuje się na wietrze, który torturuje gałęzie, a Władca nieba wodzi za nim wściekłym okiem.
Skrzypiący szyld – przerażenie. Zakołysały się drzwi i okiennica na górze uderza o mur; biegnie i zostawia za sobą skrzydła, które unosiły czarnego anioła.
A potem, w korytarzach bez końca, na udręczonych polach nocy, w ciemnych granicach przenikają przez przepierzenia, chwieją się źle zbudowane idee, rozbrzmiewają dzwony dwuznacznej śmierci.
PIERRE REVERDY - SWIATLO
Mała plamka błyszczy miedzy trzepoczącymi powiekami. Pokój jest pusty i okiennice otwierają się na gęsty pył. To wchodzi dzień, a może jakieś wspomnienie każe oczom zapłakać. Krajobraz muru – horyzont za tobą – pamięć twoja w nieładzie i bliżej oczu niebo. Są tam drzewa i chmury, wystające głowy i ręce poranione światłem. Potem spada zasłona i owija wszystkie kształty w noc.
Etykiety:
pierre reverdy,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Wednesday, 11 May 2011
Z tomiku nadrealistycznego (19):
VLADIMIR REISEL - ODEJSCIE
Wszystko się skończyło
W twoim mózgu wyrastają wysokie zazdrosne drzewa
Jak moje oczy które nazywasz gwiazdami
Słuchaj oto wybuch jaśminu
Słuchaj oto głos który uśmierca
Podczas fioletowej nocy
Która mogę porównać tylko do twego spojrzenia
Jak wodospady
Jak iglice wbijające się w serca orientalnych róż
Odejdę przedmieściem śmierci
W ulicę która zamyka się jak skarbiec
Jest to dom który się obraca
I gdzie na schodach spotykam ciebie
Jak łzę
Jak organy czoła rozbrzmiewające miłością
Żegnaj
Żegnaj
JACQUES PREVERT - KATARYNKA
Gram na pianinie
pierwszy rzekł
a ja na skrzypcach
drugi rzekł
a ja na banjo a ja na harfie
a ja grzechotką dzwonię
ja na trąbie... ja na flecie
a ja na harmonii.
I gadali gadali gadali gadali
o tym na czym grali
aż nie słychać było wcale muzyki
bo gadali gadali
gadali
i grać przestali
i tylko w kąciku
pewien człowiek milczał cały czas
i spytali: "A pan na czym gra?"
"Ja katarynką potrafię kręcić
a także w noże grywam chętnie"
powiedział człowiek który ani raz
nie odezwał się cały czas
a potem skoczył na muzyków z nożem
i trupem wszystkich położył
i katarynką zaczął kręcić
i dźwięk się rozległ taki piękny
tak żywy i tak prawdziwy
że wnuczka gospodarza która znudzona spała
pod pianinem obudziła się
i powiedziała:
"Gram w serso i w chowanego
gram w klasy i w gonionego
bawię się kubłem i łopatą
bawię się w mamę i tatę
bawię się moimi lalkami
bawię się parasolkami
bawię się z siostrą i bratem
w złodzieja którego łapią
gram w kulkę schowaną w dłoni
lecz tym zabawom koniec koniec
chcę się bawić w mordercę
chcę grać na katarynce!"
I człowiek wziął dziewczynkę za rękę
I poszli razem do miast wspaniałych
do domów i do ogrodów
i gdzie tylko mogli ludzi zabijali
po czym się pobrali
i mieli wielu synów
Ale
najstarszy na pianinie grał
drugi na skrzypcach
trzeci na harfie
czwarty grzechotką dzwonił
piąty na wiolonczeli
a szósty na harmonii.
A potem gadali gadali gadali gadali
gadali
aż nie było słychać żadnego muzycznego wątku
i wszystko trzeba było zacząć od początku.
JACQUES PREVERT - SNIADANIE
Nalał kawy
Do filiżanki
Nalał mleka
Do filiżanki
Wsypał cukier
Do kawy z mlekiem
Małą łyżeczką
Kawę zamieszał
Wypił kawę
Filiżankę odstawił
Bez słowa
Papierosa zapalił
Kółka z dymu
Puszczał sobie chwilę
Strząsnął popiół
Do popielniczki
Bez słowa
Bez spojrzenia
Wstał
Włożył kapelusz
Na głowę
Włożył
Płaszcz od deszczu
Bo padało
I wyszedł
Na deszcz
Bez słowa
Bez spojrzenia
A ja głowę
W dłoniach schowałam
I zapłakałam
PIERRE REVERDY - CIEN
Mężczyzna
A jestem nim ja
Na ścianie
Nieruchomieje profil
sylwetka z odciętą głową
Drzwi przecinają słowo
ciało
twoją twarz znieszkształconą
Smutna nowina
Łza w twojej źrenicy
Trochę wody
Ach! Twoje czoło schowane pod kapeluszem
jest jak twoje serce
Błysk
Perła na opuszkach palców
Słowo odpoczywa łagodnie jak ptak
Na wargach
Zaczepiony
Zagubiony
Zwiesza się owoc
Twoja ręka zerwała go bezwiednie
Krople ciepłej krwi
Wsiąkają łagodnie w noc
Ten mężczyzna wciąż jeszcze nie śpi
Wszystko się skończyło
W twoim mózgu wyrastają wysokie zazdrosne drzewa
Jak moje oczy które nazywasz gwiazdami
Słuchaj oto wybuch jaśminu
Słuchaj oto głos który uśmierca
Podczas fioletowej nocy
Która mogę porównać tylko do twego spojrzenia
Jak wodospady
Jak iglice wbijające się w serca orientalnych róż
Odejdę przedmieściem śmierci
W ulicę która zamyka się jak skarbiec
Jest to dom który się obraca
I gdzie na schodach spotykam ciebie
Jak łzę
Jak organy czoła rozbrzmiewające miłością
Żegnaj
Żegnaj
JACQUES PREVERT - KATARYNKA
Gram na pianinie
pierwszy rzekł
a ja na skrzypcach
drugi rzekł
a ja na banjo a ja na harfie
a ja grzechotką dzwonię
ja na trąbie... ja na flecie
a ja na harmonii.
I gadali gadali gadali gadali
o tym na czym grali
aż nie słychać było wcale muzyki
bo gadali gadali
gadali
i grać przestali
i tylko w kąciku
pewien człowiek milczał cały czas
i spytali: "A pan na czym gra?"
"Ja katarynką potrafię kręcić
a także w noże grywam chętnie"
powiedział człowiek który ani raz
nie odezwał się cały czas
a potem skoczył na muzyków z nożem
i trupem wszystkich położył
i katarynką zaczął kręcić
i dźwięk się rozległ taki piękny
tak żywy i tak prawdziwy
że wnuczka gospodarza która znudzona spała
pod pianinem obudziła się
i powiedziała:
"Gram w serso i w chowanego
gram w klasy i w gonionego
bawię się kubłem i łopatą
bawię się w mamę i tatę
bawię się moimi lalkami
bawię się parasolkami
bawię się z siostrą i bratem
w złodzieja którego łapią
gram w kulkę schowaną w dłoni
lecz tym zabawom koniec koniec
chcę się bawić w mordercę
chcę grać na katarynce!"
I człowiek wziął dziewczynkę za rękę
I poszli razem do miast wspaniałych
do domów i do ogrodów
i gdzie tylko mogli ludzi zabijali
po czym się pobrali
i mieli wielu synów
Ale
najstarszy na pianinie grał
drugi na skrzypcach
trzeci na harfie
czwarty grzechotką dzwonił
piąty na wiolonczeli
a szósty na harmonii.
A potem gadali gadali gadali gadali
gadali
aż nie było słychać żadnego muzycznego wątku
i wszystko trzeba było zacząć od początku.
JACQUES PREVERT - SNIADANIE
Nalał kawy
Do filiżanki
Nalał mleka
Do filiżanki
Wsypał cukier
Do kawy z mlekiem
Małą łyżeczką
Kawę zamieszał
Wypił kawę
Filiżankę odstawił
Bez słowa
Papierosa zapalił
Kółka z dymu
Puszczał sobie chwilę
Strząsnął popiół
Do popielniczki
Bez słowa
Bez spojrzenia
Wstał
Włożył kapelusz
Na głowę
Włożył
Płaszcz od deszczu
Bo padało
I wyszedł
Na deszcz
Bez słowa
Bez spojrzenia
A ja głowę
W dłoniach schowałam
I zapłakałam
PIERRE REVERDY - CIEN
Mężczyzna
A jestem nim ja
Na ścianie
Nieruchomieje profil
sylwetka z odciętą głową
Drzwi przecinają słowo
ciało
twoją twarz znieszkształconą
Smutna nowina
Łza w twojej źrenicy
Trochę wody
Ach! Twoje czoło schowane pod kapeluszem
jest jak twoje serce
Błysk
Perła na opuszkach palców
Słowo odpoczywa łagodnie jak ptak
Na wargach
Zaczepiony
Zagubiony
Zwiesza się owoc
Twoja ręka zerwała go bezwiednie
Krople ciepłej krwi
Wsiąkają łagodnie w noc
Ten mężczyzna wciąż jeszcze nie śpi
Etykiety:
jacques prevert,
pierre reverdy,
poezja,
surrealizm,
vladimir reisel,
z tomiku nadrealistycznego
Subscribe to:
Posts (Atom)