"Ten, kto wymyślił wino, powinien zostać mianowany Bogiem. Powinni mu stawiać pomniki ze złota, ze spiżu, z marmuru… Któż jak nie on potrafił pocieszyć wszystkie dzieci prawdziwych Bogów, które jakoś w bożym świecie nie potrafiły znaleźć sobie miejsca. I tylko słodki napój osuszał ich łzy, czyścił umysły, odsuwał choć o trochę, o troszeczkę wszelkie strapienia. Powiecie, że to ułuda? Że nieprawda, że wino to kłamstwo, jeno miraż pociechy? Cóż… Może. Ale Bogowie nie dają nawet tego. (…) Kłamstwo leczy! Dzięki ci, dobry człowieku! Co byśmy bez ciebie zrobili? (…) Jak bardzo bez ciebie bylibyśmy samotni. A tak możemy, przynajmniej, nakłamać sobie, że wszystko jest w porządku, że nie jesteśmy sami, że wszystko ułoży się jakoś. Że zły los nie jest taki zły (kurwa, dzięki tobie choć przez chwilę naprawdę w to uwierzymy!), że nie wszystko przepadnie, że będziemy żyć wiecznie młodzi, że, wreszcie, nie będzie nic nas obchodzić."
Ziemiański A.
Showing posts with label andrzej ziemianski. Show all posts
Showing posts with label andrzej ziemianski. Show all posts
Sunday, 22 January 2012
Tuesday, 24 August 2010
Andrzej Ziemianski - Achaja
Tom 2, rozdzial 1.
"Orszak księcia, składający się teraz z samych konnych, bez wozów siłą rzeczy, napotkał pierwszy patrol armii Arkach w dwa dni po opuszczeniu Luan. Dwie dziewczyny z mieczami, na koniach, zastąpiły im drogę.
Prawdą więc było, że tam baby wojują.
Kilkunastoletnia raptem dziewczyna obciągnęła skórzaną spódniczkę na udach, by nie dawać zbyt niepoważnej perspektywy wrażym żołnierzom.
– Stój! Kto idzie? – krzyknęła.
– Toż my jedziemy – odkrzyknął Zaan – nie idziemy, moja pani.
– Dam ja ci krotochwile, pacanie. – Urwała nagle, widząc sto kusz w rękach stu żołnierzy. – No, kto tam? – Zagryzła wargi. – Przecież grzecznie pytam.
– Książę Sirius, syn Wielkiego Księcia Oriona, z poselstwem.
– O, żesz ty. Jest jeszcze jakiś gwiazdozbiór, którego nie wymieniłeś?
– My z Królestwa Troy. A tam imiona władców od gwiazd wzięte.
– Ha! – krzyknęła. – A u nas to od krów, co? – Usiłowała zakpić, ale nie jej było mierzyć się z Zaanem.
– Cóż, współczuć tylko. Ale to nie wasza chyba wina, pani?
– Kpisz?
– Gdzieżbym śmiał.
Żołnierze chichotali, zasłaniając usta kułakami. Żołnierz była coraz bardziej wściekła.
– I myślisz, że cię zaraz do naszej królowej zaprowadzę, co?
– Hm. Nie sądzę, żeby wasza królowa tu “zaraz” w krzakach na nas czekała. Więc pokornie pojedziemy dalej.
– Gadanie! – rozsierdziła się zupełnie. – Pewnie grabić przyjechaliście. Mów prawdę! Co?
– Cóż. Jeśli armia Arkach ucieknie przed stu zaledwie żołnierzami, to owszem, możemy coś zagrabić przy okazji. Ale póki co wolelibyśmy spotkać się na dworze.
– Kpisz? – przerwała mu ponownie dziewczyna.
– No teraz tak – wyznał szczerze.
– No! – Panna na koniu nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Jej towarzyszka również nie zdradzała nadmiaru inteligencji. Była młoda, piegowata i śliczna.
– No! – Pociągnęła nosem. – Ani mi się waż!
Zaan, zrezygnowany, machnął ręką.
– Moglibyśmy zobaczyć... eeee... kogoś bardziej kompetentnego?
– No! – Dziewczyna zastanawiała się dłuższą chwilę. – Powiem dowódcy. Co?
– No! – odpowiedział Zaan, przedrzeźniając ją bez litości. – Powiedz. Co?
– Kpisz?
– Eeeeee... Teraz nie.
Dziewczyna uspokoiła się wyraźnie. Żołnierze Troy, sami wszak nie będący wyrafinowanymi intelektualistami, o mało nie pospadali z koni. Przynajmniej ci, który zatrzymali się w pobliżu. Wyraźnie oburzyło to tę drugą.
– Ty, czego się tak gapisz?! – krzyknęła, obciągając krótką spódniczkę jak przedtem koleżanka. – Taki mam mundur! Zarazo!
– Przepraszam – Stropiony winowajca odwrócił wzrok. Pozostali żołnierze nie odwrócili. Widok żołnierzy w spódniczkach ledwie zakrywających pośladki, rozkraczonych na koniach, nie był powszedni w Królestwie Troy.
– Ja myślę tak... – odezwała się pierwsza.
– Niech bogom będą dzięki – mruknął Zaan. – Ktoś tu jednak myśli.
– Kpisz? Co?
– Nie!
– No! – Pociągnęła nosem. – Jedźcie do zajazdu. Dzień drogi stąd. A ja powiem dowódcy i po was przyjadą, co?
– No! – odparł Zaan.
Nawet najodporniejsi żołnierze zaczęli teraz chichotać. Tylko Sirius uśmiechał się promiennie. Panna strasznie mu się podobała. Ta jednak fuknęła na nich jak kotka:
– I bez żadnych mi takich – warknęła. – Ja powiem, że chcecie grabić, jak mówiliście!
– No! – krzyknęło chórem kilkunastu żołnierzy. Nawet Zaan “Kamienna twarz” roześmiał się na występ swoich podkomendnych. Jedynie Achaja nie wytrzymała:
– Nie daj się robić w konia, siostro! – krzyknęła.
– Nie jestem twoją siostrą! – warknęła żołnierz Arkach na koniu. Potem jednak jakaś myśl zmarszczyła śliczne brwi. – Ach... Mój tato, co uciekł... Pojechał do Troy, co?
Żołnierze zawyli z okrutnej uciechy. Achaja załamała ręce. Zaan nie mógł utrzymać się na koniu. Jedynie Sirius mrugnął do niej i ruchem głowy wskazał pobliskie krzaki ale nie zrozumiała, o co mu chodzi. Dziewczyna rozglądała się z coraz bardziej wojowniczą miną.
– Jedźcie tam. – Wskazała ręką kierunek. – A ja do dowódcy. No. – Zbliżyła się do Achai. – A ty jak będziesz widzieć tatę... Pozdrów ode mnie.
Żołnierze o mało się nie poprzewracali. Achaja westchnęła ciężko. Zaan ukrył twarz w dłoniach. Nawet Sirius zasłonił oczy.
– No! I żeby mi spokój był! – krzyknęła, zawracając konia. – Nie grabić, zarazy, niczego! Sama sprawdzę!
Ktoś naprawdę spadł z siodła. Trzeba go było podnieść, bo uderzył głową w wystający korzeń. Żołnierze rechotali tak, że rannego upuszczono dwa razy. Uspokoili się dopiero dużo później, kiedy obie wojowniczki zniknęły na lesistym zboczu góry. "3 tomy do sciagniecia TUTAJ
Friday, 20 August 2010
Andrzej Ziemianski - Miecz Orientu
Moj ulubiony fragment. Ziemianski MISTRZ! :D
"- Co sie stalo?
- Gosia... Zabrali ja.
Zubrzycka nie odzywala sie przez dluzsza chwile. W ciemnosci nie mogl dojrzec jej wyrazu twarzy.
- To moja wina – powiedzial wbrew sobie. Chcial, zeby go rozgrzeszyla, zeby zaprzeczyla, zeby zrobila cokolwiek.
- Wiem – powiedziala tylko.
- To... To przeze mnie... – ponowil probe. Przeciez ona nie moze go skazac ot tak, po prostu.
- Musi pan nauczyc sie z tym zyc, panie Marku.
- Szlag!
Zadnej pomocy? Zadnego pocieszenia?... A czego sie spodziewal? Ruszyl dalej, popychajac ja brutalnie, ale tym razem nie bylo ani slowa protestu. To bylo jeszcze gorsze. Brener zataczal sie, sunal bokiem to znowu szedl srodkiem korytarza. Wreszcie uderzyl w jakas przeszkode, odbilo go na sciane, przywarl do niej plecami, by po chwili osunac sie na ziemie. Zamarl, siedzac w kucki w najciemniejszym, jak mu sie zdawalo, miejscu korytarza.
Znowu spieprzyl. Znowu okazal sie idiota ciagnacym za soba niewinnych ludzi... Nie mogl wstac, nie mogl sie poruszyc. Czul w sobie przerazliwa pustke, sprawiajaca, ze nie mogl nawet myslec o czyms konkretnym. Czy pozostanie juz taki... wiecznie nieudany? Nieudany, groteskowy, zagubiony tak, ze prowadzilo to juz tylko do rzeczy ostatecznych? Tak, to jego wina. Jego wylaczna wina i ten, ktory gladzi grzechy swiata, powinien nareszcie cos zrobic w jego sprawie, jakies wieczne odpoczywanie, spiritus sancti, po wieki wiekow...
Cichy szczek obok sprawil, ze podniosl glowe. Jego wzrok zdazyl sie juz przyzwyczaic do ciemnosci, ale dopiero po dluzszej chwili zauwazyl kogos w malej niszy naprzeciw. To Zwarycz. Zwarycz, ktory nie zwracajac uwagi na jego obecnosc, metodycznie czyscil ogromny pistolet. Jego powolne ruchy otrzezwily Brenera z histerii.
Dlaczego niby smierc Skotnickiej poruszyla go tak bardzo? Nigdy dotad nie byl czlowiekiem sklonnym do okazywania uczucia. Kochal ja, czy co? Wzruszyl ramionami i wstal, podpierajac sie reka. Zwarycz spojrzal na niego bez wyrazu. Jego absolutnie pozbawiona ekspresji twarz sprawila, ze poczul sie podwojnie nieswojo z powodu wczesniejszego zachowania. Usmiechnal sie glupio i ruszyl z powrotem wzdluz scian. Mial nadzieje, ze nikt wiecej nie byl swiadkiem jego idiotycznego biegu na oslep. Teraz wiec szedl szczegolnie ostroznie. Jednak juz po kilkunastu krokach zatrzymal go szep dobiegajacy z przodu.
- To dobrze, ze nas pani nie zdradzila.
- Z grubsza wiedzialam, co chcecie zrobic – rozpoznal Zubrzycka.
- Liczy sie refleks – przerwal jej ten sam charakterystyczny sciszony glos. – Zachowala sie pani wspaniale.
- Taaa... uwierzyl od razu – tym razem byl to ktos inny. – Widzieliscie, jak go scielo?
Brener wstrzymal oddech.
- Przestanie sie petac po korytarzach. On naprawde mogl sprowadzic na kogos nieszczescie.
- Dostal nauczke – to byla znowu Zubrzycka. – Tylko, czy pani Malgosia wybaczy nam ten glupi kawal?...
Brener odetchnal gleboko, opierajac sie cala powierzchnia plecow o mur. Stal tak dluzsza chwile, potem bezszelestnie cofnal sie o kilka krokow. Co za suka!... Nie mial nawet pretensji do ludzi, ktorzy wystawili go na smiesznosc, ktorzy dla kawalu postanowili zagrac na jego uczuciach. Cala jego zlosc kumulowala sie na kobiecie, ktora niewtajemniczona, a przynajmniej nie do konca wtajemniczona, zupelnie odruchowo postanowila mu rowniez przylozyc. Z nienawisci? Z perfidii? Ci ludzie... A niech szlag trafi ludzi! Brener mogl zrozumiec, chocby zgrzytajac zebami, ze komus udalo sie wpuscic go w maliny, ale ta cholerna baba... W zlosci przeciagnal rozcapierzonymi palcami po kruszacym sie tynku na scianie. Ona tez bala sie, ze naprawde kogos sprowokuje? Ale kogo? Nie mogl sobie jakos wyobrazic straznikow chylkiem przebiegajacych w nocy korytarzami. Owszem, mogly byc patrole wewnatrz, ale chodzace powoli, ze swiatlem, przed ktorym latwo w razie czego sie ukryc... Osypujacy tynk pokryl jego dlon. Brenerowi przyszedl do glowy pewnien pomysl. Z bocznej kieszeni wyjal bibulke do papierosa, nasypal do niej troche tynku i zawinal oba konce tak, jakby to byl cukierek.
Czekal na Zubrzycka z coraz wieksza niecierpliwoscia. Czego oni od niego chca? Sami tez laza jak chca i kiedy chca. A moze?... Moze oni sa w jakis sposob powiazani z sala, w ktorej znikaja kobiety? No nieee... Jeszcze moment i zacznie podejrzewac, ze wszyscy tu konspiruja wylacznie przeciwko niemu. Uslyszal nagle cichy odglos kobiecych krokow. Zubrzycka!!!
Przybral natychmiast odpowiednia mine i kiedy podeszla blizej, wyskoczyl na nia tak, jakby chcial spowodowac zawal serca.
- Chryste! Zabilem ja! Zabilem...
Zubrzycka odsunela sie w tyl. Szybko zdolala jednak zapanowac nad odruchowym strachem. Jesli dobrze mogl sie zorientowac w mroku, jej twarz przybrala wyraz w stylu: „Dobrze ci tak. Masz za swoje”.
- To ja ja zabilem – nie potrafil zmusic sie do placzu, ale mial nadzieje, ze jego talenty aktorkie choc w czesci dorownuja jego zlosci. – nie wytrzymam tego...
- No coz... Trzeba bylo myslec wczesniej.
- Zabilem ja! Zabilem... – powtarzal, udajac rozpacz. – Nie wytrzymam tego! Nie moge z tym zyc!
Przez chwile patrzyla zniesmaczona, potem jakas mysl, ktora zburzyla dotychczasowa konstrukcje, musiala zaswitac jej w glowie.
- Ale... – w jej glosie teraz juz dalo sie slyszec wahanie. – To nie calkiem tak...
Brener tylko czekal na te chwile. Chwiejac sie na nogach, z potarganymi wlosami i dzikim wyrazem twarzy, zrobil dwa kroki w tyl.
- Nie zniose tego! Nie moge zyc ze swiadomoscia winy!!!
-Pan sie myli – cos zalamalo sie w Zubrzyckiej. Strach sprawil, ze zdecydowala sie wlasnie powiedziec prawde. – Malgosia zyje! To...
- Nie... Prosze mnie nie pocieszac. Ja wiem. Wiem... – toczac wokol oblakanym spojrzeniem, teatralnym gestem wyszarpnal z kieszeni zwinieta bibulke. – Ona czeka tam na mnie albo... Moje miejsce jest w piekle!
Rozerwal papierek i proszek wysypal sie na podstawiona dlon.
- Nie!!! – krzyknela Zubrzycka, doskakujac do niego – Ona zyje! – usilowala zlapac go za rece – Ona zyje!!!
Z tylu podeszlo kilka osob. Za pozno jednak. Brener bez trudu poradzil sobie z kobieta jako przeciwnikiem i wsypal proszek do ust.
- Nieeeee... Na pol krzyknela, na pol jeknela Zubrzycka. Dwoch mezczyzn doskoczylo, zeby go przytrzymac. To tylko ulatwilo mu powolne osuwanie sie na ziemie. W absolutnej ciszy zachcialo mu sie smiac, zeby wiec ukryc to jakos, wydal z siebie przeciagly jek. Zubrzycka trzesla sie jakby miala atak goraczki. Usilowala przycisnac dlonie do twarzy, ale drzaly jak w ostatnim stadium padaczki.
- O Boze... O Boze... Niech tu ktos przyjdzie... Ratunku!!!
Dalsze kilka osob podbieglo z glebi korytarza. Brener wiedzial, ze to ci sami, ktorzy zrobili mu kawal, ale niestety nie mogl ich obserwowac. Udawal wlasnie smiertelne drgawki.
- Trzeba...
- Trzeba go gdzies przeniesc... czy co... – glos mowiacego drzal chyba bardziej niz cialo Brenera na podlodze.
- O Boze! – zawodzila Zubrzycka – Coscie zrobili... No coscie zrobili, do cholery!!!
- A pani to niby...
- Stul pysk! – mowiacy byl bardziej opanowany, aczkolwiek i w jego glosie dalo sie wyczuc nutki zdenerwowania. – Lekarz! Czy jest tu lekarz?
- Tu, tu...
- To cyjanek! Rany Boskie...
- Zawolajcie go...
- Doktor Braniecki! – z tylu dobiegl odglos czyichs pospiesznych krokow.
Brener na podlodze skurczyl sie, ptzybierejac pozycje ofiar cyjanku. Czytal w jakiejs powiesci kryminalnej, ze takie efekty powoduja szybko dzialajace trucizny.
- Juz po nim! Jezu...
Zubrzycka nachylila sie nad lezacym. Ktos oswietlil korytarz zapalniczka.
- Nie... Nie zyje! – zanosila sie placzem. – O kurwa!!!
Brener otworzyl oczy, spogladajac z bliska na jej twarz.
- No wie pani, tak sie wyrazac... – podniosl sie szybko, otrzepujac spodnie. – Pare razy sie puscilem, ale zaraz kurwa?!
Zubrzycka wydala z siebie dziwny dzwiek. Cos pomiedzy westchnieniem a charczeniem. Pozostale osoby staly w idealnej ciszy, ktora zburzyl tylko dzwiek upadajacej na podloge zapalniczki.
- Czlowiek juz cukierka nie moze zjesc – kontynuowal – zaraz cyjanek! cyjanek! Dawniej nadziewano truflami. "
Subscribe to:
Posts (Atom)