RENE CHAR - W KSIEDZE OBERZY
Zanim się ścięły szrony zimy
I nim zaśpiewał w izbie ogień,
Do karczmy błogiej przychodzimy,
By gorzko ruszyć zaraz w drogę.
Trzeba nam w leśne biegnąc strony,
Z wiatrami zmagać się bez końca,
Zawołać deszczom zapienionym:
Nuży ta gra oślepiająca!
Jedną znać chwilę pożegnalną,
Przeciętą nagłym gestem ręki,
Tę, co otwiera dal z dalą
I na policzkach lśni obrzękłych.
Jak słodka, niepochwytny ptaku,
Jest twoja gwiazda przeznaczona.
Jej promień dróg mi kreśli znaki,
Skręca w niej wiatr i człowiek kona.
Gdy wojnę kiedyś zakończymy
I zasklepione usną rany,
Do karczmy w Petersbach wrócimy
Z nowym pragnieniem nie skrywanym.
RENE CHAR - DOBRZES ZROBIL ODJEZDZAJAC, ARTURZE RIMBAUD
Dobrześ zrobił odjeżdżając, Arturze Rimbaud! Twoich
osiemnastu lat nie podbiła przyjaźń, niechęć i głupota
poetów Paryża, podobnie jak pszczele brzęczenie bezpłodne
twojej trochę szalonej rodziny ardeńskiej, dobrześ zrobił
rozpraszając je w wiatrach pełnego morza, ciskając je pod nóż
przedwczesnej gilotyny. Miałeś słuszność porzucając bulwary
gnuśnych, knajpki wierszolejów – dla piekła zwierząt, handlu
przebiegłych i codziennego powitania niewinnych.
Ten rozpęd absurdalny ciała i duszy, ten pocisk armatni, który
dosięgając celu każe mu się rozprysnąć – to, właśnie to jest
życie mężczyzny! Nie można, wyszedłszy z dzieciństwa, uciskać
bez końca swoich bliźnich. Wulkany nie zmieniają niemal swego
położenia, ale ich lawa przebiega wielką marność świata i przynosi
mu cnoty zwycięstwa, które śpiewają w jego ranach.
Dobrześ zrobił odjeżdżając, Arturze Rimbaud! Jest nas kilku
wierzących bezpodstawnie w możliwość szczęścia z tobą.
LOUIS ARAGON - NA JUTRO
Wy cuda wiosennej opery
Niech stancę mi któreś wyniańczy
Mój duch gotowy do odjazdu
Gubi się nagle w waszym blasku
Przekazywany w intonacji
W kwietniowy dzień Sekwana tańczy
Urszula na pierwszym swym balu
To fale jej toczą pepity
Pod mosty kamienne i filtry
Czar pada na miasto i hale
Wybrzeża lśnią jak w karnawale
Wesołe światło krąży ku pałacom
Mocą swej gry czy prawa mocą
I ja przed świtem światłem czoło chylę
Pijaństwa nie uczył mnie Sylen
Lecz do wagarów zapał szczery
I zadurzenie w ust kolorze
I w oknach rozwinięte róże
Jak piękne dziewczęta z Opery
Showing posts with label rene char. Show all posts
Showing posts with label rene char. Show all posts
Thursday, 5 May 2011
Thursday, 21 April 2011
Z tomiku nadrealistycznego (16):
RENE CHAR - OLOWEK WIEZNIA
Miłość o ustach, które są bukietem mgły,
Rozkwita i znika.
Łowca wyrusza za nią w pogoń, pochwyci ją czatownik
I będą nienawidzić jeden drugiego, aż później przeklną się w troje.
Na dworze bierze mróz, liść przelatuje przez drzewo.
RENE CHAR - DO ***
Od tylu lat jesteś moją miłością,
Oszołomieniem tylu wyczekiwań,
Że nic już nie może zużyć się ani ostygnąć;
Nawet to, co wyglądało naszej śmierci
I potrafiło z wolna nas zwyciężać,
Nawet to, czego nie znamy,
I wszystkie me zniknięcia i powroty.
Zamknięta jak okiennica z bukszpanu,
Szczelna nadzieja ostatnia
Jest naszym górskim łańcuchem,
Naszym ciążącym blaskiem.
Zmawiam nadzieję, o moja znękana;
Każde z nas otrzymuje
Część tajemnicy wzajemnej,
Nigdzie jej nigdy nie trwoni;
I ból, co przypływa skądinąd,
Oddziela się od wszystkiego
W ciele naszej jedności:
Znajduje swą drogę słoneczną
W chmurze naszej rozdartej,
By rozpoczynać od nowa.
Zmawiam nadzieję, którą w sobie czuję.
Twoją wyżynę strzelistą
Przekroczę najcierpliwiej,
Gdy zniknie jutro.
BENJAMIN PERET - HALO
Mój samolocie w płomieniach mój zamku zatopiony w reńskim winie
moje ghetto czarnych irysów moje ucho z kryształu
moja skało lecąca z urwiska żeby zmiażdżyć polowego
mój ślimaku opałowy mój komarze powietrzny
mój puchu z rajskiego ptaka moja grzywo z czarnej piany
mój grobie co pękł moja ulewo czerwonych szarańczy
moja latająca wyspo moje turkusowe winogrono
moje zderzenie aut rozszalałych i roztropnych moja dzika grządko
mój słupku dmuchawca w oku moim odbity
moja tulipanowa cebulko w mózgu
moja gazelo zabłąkana w kinie na bulwarach
moja szkatułko słońca mój owocu dojrzały z wulkanu
mój śmiechu ukrytego stawu gdzie wciąż topią się roztargnieni prorocy
mój zalewie czarnych porzeczek mój motyli smardzu
moja kaskado niebieska jak klinga z dna która czyni wiosnę
mój rewolwerze koralowy którego usta przyciągają mnie jak oko migotliwe studni
połyskliwe jak lustro w którym wypatrujesz płochliwego trzepotu kolibrów twego spojrzenia
zgubionego w ekspozycji bieli oprawnej w mumie
kocham cię.
Miłość o ustach, które są bukietem mgły,
Rozkwita i znika.
Łowca wyrusza za nią w pogoń, pochwyci ją czatownik
I będą nienawidzić jeden drugiego, aż później przeklną się w troje.
Na dworze bierze mróz, liść przelatuje przez drzewo.
RENE CHAR - DO ***
Od tylu lat jesteś moją miłością,
Oszołomieniem tylu wyczekiwań,
Że nic już nie może zużyć się ani ostygnąć;
Nawet to, co wyglądało naszej śmierci
I potrafiło z wolna nas zwyciężać,
Nawet to, czego nie znamy,
I wszystkie me zniknięcia i powroty.
Zamknięta jak okiennica z bukszpanu,
Szczelna nadzieja ostatnia
Jest naszym górskim łańcuchem,
Naszym ciążącym blaskiem.
Zmawiam nadzieję, o moja znękana;
Każde z nas otrzymuje
Część tajemnicy wzajemnej,
Nigdzie jej nigdy nie trwoni;
I ból, co przypływa skądinąd,
Oddziela się od wszystkiego
W ciele naszej jedności:
Znajduje swą drogę słoneczną
W chmurze naszej rozdartej,
By rozpoczynać od nowa.
Zmawiam nadzieję, którą w sobie czuję.
Twoją wyżynę strzelistą
Przekroczę najcierpliwiej,
Gdy zniknie jutro.
BENJAMIN PERET - HALO
Mój samolocie w płomieniach mój zamku zatopiony w reńskim winie
moje ghetto czarnych irysów moje ucho z kryształu
moja skało lecąca z urwiska żeby zmiażdżyć polowego
mój ślimaku opałowy mój komarze powietrzny
mój puchu z rajskiego ptaka moja grzywo z czarnej piany
mój grobie co pękł moja ulewo czerwonych szarańczy
moja latająca wyspo moje turkusowe winogrono
moje zderzenie aut rozszalałych i roztropnych moja dzika grządko
mój słupku dmuchawca w oku moim odbity
moja tulipanowa cebulko w mózgu
moja gazelo zabłąkana w kinie na bulwarach
moja szkatułko słońca mój owocu dojrzały z wulkanu
mój śmiechu ukrytego stawu gdzie wciąż topią się roztargnieni prorocy
mój zalewie czarnych porzeczek mój motyli smardzu
moja kaskado niebieska jak klinga z dna która czyni wiosnę
mój rewolwerze koralowy którego usta przyciągają mnie jak oko migotliwe studni
połyskliwe jak lustro w którym wypatrujesz płochliwego trzepotu kolibrów twego spojrzenia
zgubionego w ekspozycji bieli oprawnej w mumie
kocham cię.
Etykiety:
benjamin peret,
poezja,
rene char,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Tuesday, 1 February 2011
Oooh, so gorgeous!... :) Or my favourite surrealists.
Andre Breton
Tristan Tzara
Paul Eluard
Philippe Soupault
Louis Aragon
Hans Arp
Max Ernst
Yvan Goll
Robert Desnos
Antonin Artaud
Benjamin Peret
Rene Char
Jacques Prevert
Marcel Duchamp
Etykiety:
andre breton,
antonin artaud,
benjamin peret,
hans arp,
jacques prevert,
luois aragon,
marcel duchamp,
max ernst,
paul eluard,
philippe soupault,
rene char,
robert desnos,
surrealizm,
yvan goll
Wednesday, 22 December 2010
Z tomiku nadrealistycznego (8):
ANDRE BRETON, RENE CHAR, PAUL ELUARD - FASADA
Staje sie sercowy
Wszedzie gdzie twoj cien mogl polaczyc sie z moim
Krew jest na pierwszy punkt widzenia jak na znak szpady
I splywa rosa by cie zbudzic ze snow niepowtarzalnych
Co zadaja dowodow ze milosc jest miloscia
Jak belladonna trucizna
MARKO RISTIC - INNE ZASTOSOWANIE
Nie waz sie przygladac, powiedzialem lub tez nie, tej scianie ktora plonie na krawedziach
Jesli chcesz zeby i jutro laka byla laka
Poniewaz gdzies w ceglach ukryta jest jaszczurka plomienia
Ktorym odtad kazdy twoj dzien bedzie obrebiony
Abys samotnoscia nazwal te sucha mgle z krwi
Ktora uwienczona bylaby szpetna twarz jawy
Zajrzyj, jesli potrafisz, w to nie przezyte
I nie pomoze ci nic slowo "wirtualny"
Ciarki powoli wysiadaja z pociagu tej wirtualnej przyszlosci
W szarym plaszczu i z torba w rece schodza na peron mego dnia
Jedno oko maja zakryte a kapelusze zupelnie wymiete
I stoja. Stacja mego czasu jest dla nich za ochydna
O zupelnie niegodna ich krolewskiego oblicza
Z ktorego nie schodzi, a byl akurat dzien deszczowy, wilgotna bladosc
Ze wszystkich stron wokol nich na mojej przestrzeni plonie korona murow i drzew
Ze wszystkich stron wyrasta to co je tu wezwalo
To co sobie wypowiedzialem lub tez nie zeby sie odnowilo
Czy bede pamietal ze nie moge zapomniec swego pogladu
Na cegly, ktore pozorna smierc oddziela od bezskutecznosci
Na cegly, ktore mnie od bezskutecznosci oddzielaja pozorem, definitywniej
DUSAN MATIC - METNY POLOW W BYSTREJ WODZIE
Niechaj noc bedzie taka, jakiej chcecie, ale co wiem, to wiem.
pofrune do pierwszego lozka z ktorego kielkuje trawa. Pofrune.
jest jednak ktos kto jest rozsadny i wrazliwy, straszliwie jeczy za murem. Jednak
i wokol tego wiersza metaliczny las w ktorym spaceruja moi przyjaciele. Moi przyjaciele,
z reka na kibici kobiety lub plomienia. Plomienia lub zwidu.
i ci ktorzy nigdy nie mowia przy tym stole. Oszpeceni.
a ze wszystkich stron nadciaga senna woda ktorej dotykaja swoimi bosymi stopami, tajemniczymi jak rece. Nogami.
i na dnie tej wody zamknela oczy ta o ktorej nigdy nie mysle. Nie mysle.
zamknela oczy aby lepiej mnie widziec, aby lepiej strzec. Strzec.
gdyz ona strzeze, ona strzeze aby nic nie poszlo na marne. Do diabla.
nad tym wierszem moja pochylona glowa, moja zraniona moja smieszna glowa.
Niebieski kolor na zawsze zmieniony, zmiazdzony, pokruszony. Mrowki,
mrowki troche niebieskie, troche szkaradne zanurzaja sie w leniwych glebokosciach. W moich
jesli wyteze wzrok seks nocy zajasnieje w gwiazdozbiorze. Bose gwiazdy jak uszy zebry. Zebry i dziewczyny.
noc, noc musiala wiazac slowa tego zdania. Na te pijane kawki czeka siec.
noc przychodzila i odchodzila, jakby nikt nie przychodzil i nie odchodzil, ze wszystkich stron, z serca.Z czarnych zwierciadel.
noc lubila kiedy szeptaly wzgorza. Wzbudzaly podziw.
noc rosla jak przypuszczenie, ubywalo jej jak sprochnialego ksiezyca.
noc otwierala sie jak odrzwia, jak sciezki ktore zawsze knuja spisek. Stara palme swiatla.
jak noc kochankow, tymi samymi schodami
o ziemio, coraz ciszej sie schodzi.
jesli jestem przymglony
dosc ale to dosc
jesli przypominam sobie pierwszy. Doprawdy.
czyj pas lezy e tych lasach?
obraz peknietego lustra to nasze zapomnienie. Moje, twoje, nasze, nasze.
znow powraca jak obloki przed jutrznia. Przed jutrznia.
piekna jest jak przypadek jak dwa kroki odcisniete na trotuarze, jak
zbrodnia, jak plama atramentu na tym wierszu, jak czerwcowa noc pelna swietlikow, jak zacisze przed pierwszym sniegiem. Jak dwa kroki.
jesli jestes tu aby ukladac czas jak ziarna. Jak sadze.
jesli jestes zegare, ktory chodzi a ktory nie ma wskazowki. Nie ma.
wymienionym, ostrzezonym.
kim, kim ona jest? Kto ty jestes? Ty, ty.
jest piekna, jest cudowna, jest zroszona.
on jest zamkniety w watrobie czasu
nie, nie jest wieczny, ale wietrzny.
nie, jest tylko cienisty, ciernisty
on to ja, on to ty, on jest zoltym koniem lub pytaniem.
rza konie albo droga.
idz, idz, to jest widok wyrwany z ziemi. Widok do konca.
idz, idz, cichna kamienie, kamienie.
wroc do tego zwierzecego pisku, do tego spisku, groz i milcz.
jeden glos w nocy bez ciszy. Bez ciszy.
nie zapomnialem ani ryby ani ptaka z bladym czolem. Nie
gdyz przeczuwaja one ze w gorze lepszy niekiedy zywot szelesci.
w przeddzien nocy
w oczach nocy
na oczach gdzie obgryzaja kosci jakichs ciezkich rzek
gdzie teraz zlopiemy draby zlopiemy
boze jakiez cudowne sa dni - przycodzi zolniez, mowi i odchodzi. Odchodzi.
zolniez ktory moze nawet nie istnieje
ale ja go na pewno wydam i zabije.
Staje sie sercowy
Wszedzie gdzie twoj cien mogl polaczyc sie z moim
Krew jest na pierwszy punkt widzenia jak na znak szpady
I splywa rosa by cie zbudzic ze snow niepowtarzalnych
Co zadaja dowodow ze milosc jest miloscia
Jak belladonna trucizna
MARKO RISTIC - INNE ZASTOSOWANIE
Nie waz sie przygladac, powiedzialem lub tez nie, tej scianie ktora plonie na krawedziach
Jesli chcesz zeby i jutro laka byla laka
Poniewaz gdzies w ceglach ukryta jest jaszczurka plomienia
Ktorym odtad kazdy twoj dzien bedzie obrebiony
Abys samotnoscia nazwal te sucha mgle z krwi
Ktora uwienczona bylaby szpetna twarz jawy
Zajrzyj, jesli potrafisz, w to nie przezyte
I nie pomoze ci nic slowo "wirtualny"
Ciarki powoli wysiadaja z pociagu tej wirtualnej przyszlosci
W szarym plaszczu i z torba w rece schodza na peron mego dnia
Jedno oko maja zakryte a kapelusze zupelnie wymiete
I stoja. Stacja mego czasu jest dla nich za ochydna
O zupelnie niegodna ich krolewskiego oblicza
Z ktorego nie schodzi, a byl akurat dzien deszczowy, wilgotna bladosc
Ze wszystkich stron wokol nich na mojej przestrzeni plonie korona murow i drzew
Ze wszystkich stron wyrasta to co je tu wezwalo
To co sobie wypowiedzialem lub tez nie zeby sie odnowilo
Czy bede pamietal ze nie moge zapomniec swego pogladu
Na cegly, ktore pozorna smierc oddziela od bezskutecznosci
Na cegly, ktore mnie od bezskutecznosci oddzielaja pozorem, definitywniej
DUSAN MATIC - METNY POLOW W BYSTREJ WODZIE
Niechaj noc bedzie taka, jakiej chcecie, ale co wiem, to wiem.
pofrune do pierwszego lozka z ktorego kielkuje trawa. Pofrune.
jest jednak ktos kto jest rozsadny i wrazliwy, straszliwie jeczy za murem. Jednak
i wokol tego wiersza metaliczny las w ktorym spaceruja moi przyjaciele. Moi przyjaciele,
z reka na kibici kobiety lub plomienia. Plomienia lub zwidu.
i ci ktorzy nigdy nie mowia przy tym stole. Oszpeceni.
a ze wszystkich stron nadciaga senna woda ktorej dotykaja swoimi bosymi stopami, tajemniczymi jak rece. Nogami.
i na dnie tej wody zamknela oczy ta o ktorej nigdy nie mysle. Nie mysle.
zamknela oczy aby lepiej mnie widziec, aby lepiej strzec. Strzec.
gdyz ona strzeze, ona strzeze aby nic nie poszlo na marne. Do diabla.
nad tym wierszem moja pochylona glowa, moja zraniona moja smieszna glowa.
Niebieski kolor na zawsze zmieniony, zmiazdzony, pokruszony. Mrowki,
mrowki troche niebieskie, troche szkaradne zanurzaja sie w leniwych glebokosciach. W moich
jesli wyteze wzrok seks nocy zajasnieje w gwiazdozbiorze. Bose gwiazdy jak uszy zebry. Zebry i dziewczyny.
noc, noc musiala wiazac slowa tego zdania. Na te pijane kawki czeka siec.
noc przychodzila i odchodzila, jakby nikt nie przychodzil i nie odchodzil, ze wszystkich stron, z serca.Z czarnych zwierciadel.
noc lubila kiedy szeptaly wzgorza. Wzbudzaly podziw.
noc rosla jak przypuszczenie, ubywalo jej jak sprochnialego ksiezyca.
noc otwierala sie jak odrzwia, jak sciezki ktore zawsze knuja spisek. Stara palme swiatla.
jak noc kochankow, tymi samymi schodami
o ziemio, coraz ciszej sie schodzi.
jesli jestem przymglony
dosc ale to dosc
jesli przypominam sobie pierwszy. Doprawdy.
czyj pas lezy e tych lasach?
obraz peknietego lustra to nasze zapomnienie. Moje, twoje, nasze, nasze.
znow powraca jak obloki przed jutrznia. Przed jutrznia.
piekna jest jak przypadek jak dwa kroki odcisniete na trotuarze, jak
zbrodnia, jak plama atramentu na tym wierszu, jak czerwcowa noc pelna swietlikow, jak zacisze przed pierwszym sniegiem. Jak dwa kroki.
jesli jestes tu aby ukladac czas jak ziarna. Jak sadze.
jesli jestes zegare, ktory chodzi a ktory nie ma wskazowki. Nie ma.
wymienionym, ostrzezonym.
kim, kim ona jest? Kto ty jestes? Ty, ty.
jest piekna, jest cudowna, jest zroszona.
on jest zamkniety w watrobie czasu
nie, nie jest wieczny, ale wietrzny.
nie, jest tylko cienisty, ciernisty
on to ja, on to ty, on jest zoltym koniem lub pytaniem.
rza konie albo droga.
idz, idz, to jest widok wyrwany z ziemi. Widok do konca.
idz, idz, cichna kamienie, kamienie.
wroc do tego zwierzecego pisku, do tego spisku, groz i milcz.
jeden glos w nocy bez ciszy. Bez ciszy.
nie zapomnialem ani ryby ani ptaka z bladym czolem. Nie
gdyz przeczuwaja one ze w gorze lepszy niekiedy zywot szelesci.
w przeddzien nocy
w oczach nocy
na oczach gdzie obgryzaja kosci jakichs ciezkich rzek
gdzie teraz zlopiemy draby zlopiemy
boze jakiez cudowne sa dni - przycodzi zolniez, mowi i odchodzi. Odchodzi.
zolniez ktory moze nawet nie istnieje
ale ja go na pewno wydam i zabije.
Etykiety:
andre breton,
dusan matic,
marko ristic,
paul eluard,
poezja,
rene char,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Tuesday, 21 December 2010
Z tomiku nadrealistycznego (6):
PAUL ELUARD - POCALUNEK
Kur w bramie brzasku
Kur bijacy w dzwon
Rozrywa fale nocy kamykami popedu
Wyblysna w pianie
Dwie przejzystosci nierownodesenne
Glowe ze snu nie szybko sie uniesie
Ku swiatlu gestniejacemu
Najpierw sie ja opusci
Na usta zachlanniejsze od mureny
Na usta co sie kryja pod powiekami
A wkrotce skryja sie na dnie oczu
One tragarze nowych snow
Plugi najlagodniejsze
Zbedne niezastapione
Znajace miejsce kazdej rzeczy
Wsrod ciszy
Kolia rozpekla od slow buntowniczych
One dla ktorych lektyka sa inne usta
Wspoltowarzyszki traw trawionych goraczka
Nieprzyjaciolki pulapek
Dzikie i dobrze uksztalcone dla kazdego
I dla nikogo
Usta zapominajace mowic
Usta olsnione mirazami nocy
Proste jak dziecko w glab ich perspektywy
Wchodzi sie niezawile
Nieskonczonoscia orchidei ich droga sie stanie
To most palacy lsniacy zywy
Zwierciadlo echo obraz co nas rodzi nieustannie
To posiasc chwile
By nigdy juz nie watpic w trwanie
BENJAMIN PERET - KTOS DZWONI
Pchli skok jak taczki tanczace na kolanach bruku
pchla znika na klatce gdzie zamieszkalbym z toba
slonce podobne do butelki czerwonego wina
zrobilo sie Murzynem
Murzynem niewolnikiem chlostanym
Ale ja ciebie kocham jak muszla piasek
gdy ktos ja z niego wyrwie sloncu co przyjmuje ksztalt fasoli
wypuszczajacej kielek serca jak kamyk podczas ulewy
albo polotwartej puszki sardynek
albo zaglowca z rozdartym fokiem
Chcialbym byc plamka slonca na bluszczu twojej bluzki
ta szklarke co sie laskotala kiedy cie poznalem
Nie
ta latka z teczujacego cukru mniej mnie przypomina niz jemiola na debie
ktory ma juz tylko korone zieleni gdzie mieszka para gajowek
Chcialbym byc
bo bez ciebie jestem ledwo przeswitem w kocich lbach przyszlych barykad
Tak bardzo mam twoje piersi w mojej piersi
ze rysuja sie w niej dwa dymiace kratery jak ren w grocie
aby cie przyjac jak zbroja przyjmuje naga kobiete
oczekiwana w glebi rdzy
rozplywajac sie jak szyby w domu co zaplonal
jak zamek w swoim ogromnym piecu
podobna do statku co dryfuje
bez kotwicy i steru
ku wyspie drzew blekitnych przypominajacych twoj pepek
wyspie gdzie chcialbym spac razem z toba
ANDRE BRETON, RENE CHAR, PAUL ELUARD - UZYWANIE SILY
Nie czochraj sobie tak wlosow przestaje sie widziec
Jest tu z miejsca zatrzesienie robotnikow
Nie czochraj sobie tak wlosow bo kto rusza na polnoc
Znajdzie sie na poludniu zawiedziony
Raczej naucz sie wlosy zaplatac
By szlachetnym kamieniom bylo w nich do twarzy
Kur w bramie brzasku
Kur bijacy w dzwon
Rozrywa fale nocy kamykami popedu
Wyblysna w pianie
Dwie przejzystosci nierownodesenne
Glowe ze snu nie szybko sie uniesie
Ku swiatlu gestniejacemu
Najpierw sie ja opusci
Na usta zachlanniejsze od mureny
Na usta co sie kryja pod powiekami
A wkrotce skryja sie na dnie oczu
One tragarze nowych snow
Plugi najlagodniejsze
Zbedne niezastapione
Znajace miejsce kazdej rzeczy
Wsrod ciszy
Kolia rozpekla od slow buntowniczych
One dla ktorych lektyka sa inne usta
Wspoltowarzyszki traw trawionych goraczka
Nieprzyjaciolki pulapek
Dzikie i dobrze uksztalcone dla kazdego
I dla nikogo
Usta zapominajace mowic
Usta olsnione mirazami nocy
Proste jak dziecko w glab ich perspektywy
Wchodzi sie niezawile
Nieskonczonoscia orchidei ich droga sie stanie
To most palacy lsniacy zywy
Zwierciadlo echo obraz co nas rodzi nieustannie
To posiasc chwile
By nigdy juz nie watpic w trwanie
BENJAMIN PERET - KTOS DZWONI
Pchli skok jak taczki tanczace na kolanach bruku
pchla znika na klatce gdzie zamieszkalbym z toba
slonce podobne do butelki czerwonego wina
zrobilo sie Murzynem
Murzynem niewolnikiem chlostanym
Ale ja ciebie kocham jak muszla piasek
gdy ktos ja z niego wyrwie sloncu co przyjmuje ksztalt fasoli
wypuszczajacej kielek serca jak kamyk podczas ulewy
albo polotwartej puszki sardynek
albo zaglowca z rozdartym fokiem
Chcialbym byc plamka slonca na bluszczu twojej bluzki
ta szklarke co sie laskotala kiedy cie poznalem
Nie
ta latka z teczujacego cukru mniej mnie przypomina niz jemiola na debie
ktory ma juz tylko korone zieleni gdzie mieszka para gajowek
Chcialbym byc
bo bez ciebie jestem ledwo przeswitem w kocich lbach przyszlych barykad
Tak bardzo mam twoje piersi w mojej piersi
ze rysuja sie w niej dwa dymiace kratery jak ren w grocie
aby cie przyjac jak zbroja przyjmuje naga kobiete
oczekiwana w glebi rdzy
rozplywajac sie jak szyby w domu co zaplonal
jak zamek w swoim ogromnym piecu
podobna do statku co dryfuje
bez kotwicy i steru
ku wyspie drzew blekitnych przypominajacych twoj pepek
wyspie gdzie chcialbym spac razem z toba
ANDRE BRETON, RENE CHAR, PAUL ELUARD - UZYWANIE SILY
Nie czochraj sobie tak wlosow przestaje sie widziec
Jest tu z miejsca zatrzesienie robotnikow
Nie czochraj sobie tak wlosow bo kto rusza na polnoc
Znajdzie sie na poludniu zawiedziony
Raczej naucz sie wlosy zaplatac
By szlachetnym kamieniom bylo w nich do twarzy
Etykiety:
andre breton,
benjamin peret,
paul eluard,
poezja,
rene char,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Subscribe to:
Posts (Atom)