VLADIMIR REISEL - ODEJSCIE
Wszystko się skończyło
W twoim mózgu wyrastają wysokie zazdrosne drzewa
Jak moje oczy które nazywasz gwiazdami
Słuchaj oto wybuch jaśminu
Słuchaj oto głos który uśmierca
Podczas fioletowej nocy
Która mogę porównać tylko do twego spojrzenia
Jak wodospady
Jak iglice wbijające się w serca orientalnych róż
Odejdę przedmieściem śmierci
W ulicę która zamyka się jak skarbiec
Jest to dom który się obraca
I gdzie na schodach spotykam ciebie
Jak łzę
Jak organy czoła rozbrzmiewające miłością
Żegnaj
Żegnaj
JACQUES PREVERT - KATARYNKA
Gram na pianinie
pierwszy rzekł
a ja na skrzypcach
drugi rzekł
a ja na banjo a ja na harfie
a ja grzechotką dzwonię
ja na trąbie... ja na flecie
a ja na harmonii.
I gadali gadali gadali gadali
o tym na czym grali
aż nie słychać było wcale muzyki
bo gadali gadali
gadali
i grać przestali
i tylko w kąciku
pewien człowiek milczał cały czas
i spytali: "A pan na czym gra?"
"Ja katarynką potrafię kręcić
a także w noże grywam chętnie"
powiedział człowiek który ani raz
nie odezwał się cały czas
a potem skoczył na muzyków z nożem
i trupem wszystkich położył
i katarynką zaczął kręcić
i dźwięk się rozległ taki piękny
tak żywy i tak prawdziwy
że wnuczka gospodarza która znudzona spała
pod pianinem obudziła się
i powiedziała:
"Gram w serso i w chowanego
gram w klasy i w gonionego
bawię się kubłem i łopatą
bawię się w mamę i tatę
bawię się moimi lalkami
bawię się parasolkami
bawię się z siostrą i bratem
w złodzieja którego łapią
gram w kulkę schowaną w dłoni
lecz tym zabawom koniec koniec
chcę się bawić w mordercę
chcę grać na katarynce!"
I człowiek wziął dziewczynkę za rękę
I poszli razem do miast wspaniałych
do domów i do ogrodów
i gdzie tylko mogli ludzi zabijali
po czym się pobrali
i mieli wielu synów
Ale
najstarszy na pianinie grał
drugi na skrzypcach
trzeci na harfie
czwarty grzechotką dzwonił
piąty na wiolonczeli
a szósty na harmonii.
A potem gadali gadali gadali gadali
gadali
aż nie było słychać żadnego muzycznego wątku
i wszystko trzeba było zacząć od początku.
JACQUES PREVERT - SNIADANIE
Nalał kawy
Do filiżanki
Nalał mleka
Do filiżanki
Wsypał cukier
Do kawy z mlekiem
Małą łyżeczką
Kawę zamieszał
Wypił kawę
Filiżankę odstawił
Bez słowa
Papierosa zapalił
Kółka z dymu
Puszczał sobie chwilę
Strząsnął popiół
Do popielniczki
Bez słowa
Bez spojrzenia
Wstał
Włożył kapelusz
Na głowę
Włożył
Płaszcz od deszczu
Bo padało
I wyszedł
Na deszcz
Bez słowa
Bez spojrzenia
A ja głowę
W dłoniach schowałam
I zapłakałam
PIERRE REVERDY - CIEN
Mężczyzna
A jestem nim ja
Na ścianie
Nieruchomieje profil
sylwetka z odciętą głową
Drzwi przecinają słowo
ciało
twoją twarz znieszkształconą
Smutna nowina
Łza w twojej źrenicy
Trochę wody
Ach! Twoje czoło schowane pod kapeluszem
jest jak twoje serce
Błysk
Perła na opuszkach palców
Słowo odpoczywa łagodnie jak ptak
Na wargach
Zaczepiony
Zagubiony
Zwiesza się owoc
Twoja ręka zerwała go bezwiednie
Krople ciepłej krwi
Wsiąkają łagodnie w noc
Ten mężczyzna wciąż jeszcze nie śpi
Wednesday, 11 May 2011
Thursday, 5 May 2011
Audioslave - Like A Stone
on a cobweb afternoon
in a room full of emptiness
by a freeway i confess
i was lost in the pages
of a book full of death
reading how we'll die alone
and if we're good we'll lay to rest
anywhere we want to go
in your house i long to be
room by room patiently
i'll wait for you there
like a stone i'll wait for you there
alone
on my deathbed i will pray
to the gods and the angels
like a pagan to anyone
who will take me to heaven
to a place i call
i was there so long ago
the sky was bruised
the wine was bled
and there you led me on
in your house i long to be
room by room patiently
i'll wait for you there
like a stone i'll wait for you there
alone
and on i read
until the day was gone
and i sat in regret
of all the things i've done
for all that i've blessed
and all that i've wronged
in dreams until my death
i will wander on
Z tomiku nadrealistycznego (18):
RENE CHAR - W KSIEDZE OBERZY
Zanim się ścięły szrony zimy
I nim zaśpiewał w izbie ogień,
Do karczmy błogiej przychodzimy,
By gorzko ruszyć zaraz w drogę.
Trzeba nam w leśne biegnąc strony,
Z wiatrami zmagać się bez końca,
Zawołać deszczom zapienionym:
Nuży ta gra oślepiająca!
Jedną znać chwilę pożegnalną,
Przeciętą nagłym gestem ręki,
Tę, co otwiera dal z dalą
I na policzkach lśni obrzękłych.
Jak słodka, niepochwytny ptaku,
Jest twoja gwiazda przeznaczona.
Jej promień dróg mi kreśli znaki,
Skręca w niej wiatr i człowiek kona.
Gdy wojnę kiedyś zakończymy
I zasklepione usną rany,
Do karczmy w Petersbach wrócimy
Z nowym pragnieniem nie skrywanym.
RENE CHAR - DOBRZES ZROBIL ODJEZDZAJAC, ARTURZE RIMBAUD
Dobrześ zrobił odjeżdżając, Arturze Rimbaud! Twoich
osiemnastu lat nie podbiła przyjaźń, niechęć i głupota
poetów Paryża, podobnie jak pszczele brzęczenie bezpłodne
twojej trochę szalonej rodziny ardeńskiej, dobrześ zrobił
rozpraszając je w wiatrach pełnego morza, ciskając je pod nóż
przedwczesnej gilotyny. Miałeś słuszność porzucając bulwary
gnuśnych, knajpki wierszolejów – dla piekła zwierząt, handlu
przebiegłych i codziennego powitania niewinnych.
Ten rozpęd absurdalny ciała i duszy, ten pocisk armatni, który
dosięgając celu każe mu się rozprysnąć – to, właśnie to jest
życie mężczyzny! Nie można, wyszedłszy z dzieciństwa, uciskać
bez końca swoich bliźnich. Wulkany nie zmieniają niemal swego
położenia, ale ich lawa przebiega wielką marność świata i przynosi
mu cnoty zwycięstwa, które śpiewają w jego ranach.
Dobrześ zrobił odjeżdżając, Arturze Rimbaud! Jest nas kilku
wierzących bezpodstawnie w możliwość szczęścia z tobą.
LOUIS ARAGON - NA JUTRO
Wy cuda wiosennej opery
Niech stancę mi któreś wyniańczy
Mój duch gotowy do odjazdu
Gubi się nagle w waszym blasku
Przekazywany w intonacji
W kwietniowy dzień Sekwana tańczy
Urszula na pierwszym swym balu
To fale jej toczą pepity
Pod mosty kamienne i filtry
Czar pada na miasto i hale
Wybrzeża lśnią jak w karnawale
Wesołe światło krąży ku pałacom
Mocą swej gry czy prawa mocą
I ja przed świtem światłem czoło chylę
Pijaństwa nie uczył mnie Sylen
Lecz do wagarów zapał szczery
I zadurzenie w ust kolorze
I w oknach rozwinięte róże
Jak piękne dziewczęta z Opery
Zanim się ścięły szrony zimy
I nim zaśpiewał w izbie ogień,
Do karczmy błogiej przychodzimy,
By gorzko ruszyć zaraz w drogę.
Trzeba nam w leśne biegnąc strony,
Z wiatrami zmagać się bez końca,
Zawołać deszczom zapienionym:
Nuży ta gra oślepiająca!
Jedną znać chwilę pożegnalną,
Przeciętą nagłym gestem ręki,
Tę, co otwiera dal z dalą
I na policzkach lśni obrzękłych.
Jak słodka, niepochwytny ptaku,
Jest twoja gwiazda przeznaczona.
Jej promień dróg mi kreśli znaki,
Skręca w niej wiatr i człowiek kona.
Gdy wojnę kiedyś zakończymy
I zasklepione usną rany,
Do karczmy w Petersbach wrócimy
Z nowym pragnieniem nie skrywanym.
RENE CHAR - DOBRZES ZROBIL ODJEZDZAJAC, ARTURZE RIMBAUD
Dobrześ zrobił odjeżdżając, Arturze Rimbaud! Twoich
osiemnastu lat nie podbiła przyjaźń, niechęć i głupota
poetów Paryża, podobnie jak pszczele brzęczenie bezpłodne
twojej trochę szalonej rodziny ardeńskiej, dobrześ zrobił
rozpraszając je w wiatrach pełnego morza, ciskając je pod nóż
przedwczesnej gilotyny. Miałeś słuszność porzucając bulwary
gnuśnych, knajpki wierszolejów – dla piekła zwierząt, handlu
przebiegłych i codziennego powitania niewinnych.
Ten rozpęd absurdalny ciała i duszy, ten pocisk armatni, który
dosięgając celu każe mu się rozprysnąć – to, właśnie to jest
życie mężczyzny! Nie można, wyszedłszy z dzieciństwa, uciskać
bez końca swoich bliźnich. Wulkany nie zmieniają niemal swego
położenia, ale ich lawa przebiega wielką marność świata i przynosi
mu cnoty zwycięstwa, które śpiewają w jego ranach.
Dobrześ zrobił odjeżdżając, Arturze Rimbaud! Jest nas kilku
wierzących bezpodstawnie w możliwość szczęścia z tobą.
LOUIS ARAGON - NA JUTRO
Wy cuda wiosennej opery
Niech stancę mi któreś wyniańczy
Mój duch gotowy do odjazdu
Gubi się nagle w waszym blasku
Przekazywany w intonacji
W kwietniowy dzień Sekwana tańczy
Urszula na pierwszym swym balu
To fale jej toczą pepity
Pod mosty kamienne i filtry
Czar pada na miasto i hale
Wybrzeża lśnią jak w karnawale
Wesołe światło krąży ku pałacom
Mocą swej gry czy prawa mocą
I ja przed świtem światłem czoło chylę
Pijaństwa nie uczył mnie Sylen
Lecz do wagarów zapał szczery
I zadurzenie w ust kolorze
I w oknach rozwinięte róże
Jak piękne dziewczęta z Opery
Etykiety:
louis aragon,
poezja,
rene char,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Poezjoaza (6):
BOHDAN ZADURA - KLATKA
Klatki schodowe niektórych bloków mieszkalnych
przypominają więzienia lub studnie
jeśli patrzysz z dołu
jeśli patrzysz z góry
Twoje oczy - mówi -
są głębokie i chłodne
Na kaloryferze suszą się buty i chleb
SYLVIA PLATH - PIESN PORANNA
Miłość wprawia cię w ruch jak tłusty złoty zegarek.
Położna klepnęła cię w stopy i twój wyzwolony krzyk
Zajął swoje miejsce wśród żywiołów.
Nasze głosy wtórują mu zwielokrotniając twoje przybycie.
Jesteś nowym posągiem
W otwartym na przeciągi muzeum, twoja nagość
Rzuca cień na nasze poczucie bezpieczeństwa. Stoimy wokół ciebie bezmyślni jak ściana.
Nie jestem już twoją matką,
Nie bardziej niż chmura, która tworzy lustro by odbijało jej powolne
Rozpraszanie się w rękach wiatru
Przez całą noc twój oddech
Trzepoce się jak ćma w bladych różach. Budzę się i nasłuchuję:
Odlegle morze faluje w moich uszach.
Na twój płacz wychodzę z łóżka krowio ciężka i kwiecista
W wiktoriańskiej koszuli nocnej.
Twoje usta otwierają się szeroko, całkiem jak pyszczek kota. Kwadrat okna.
Rozjaśnia się pochłaniając zmatowiałe gwiazdy. Teraz wypróbowujesz
Garstkę swoich nut.
Czyste samogłoski unoszą się w górę jak balony.
STANISLAW BARANCZAK - SYBERYJSKIE STRIPTIZERKI
Syberyjskie striptizerki słyszą sardoniczne szmerki sarkającej
szpetnie sali (sala - sami swoi, stali smakoszowie strip-spelunek,
super-samczy swój stosunek sygnalizujący spazmem śmiechu,
sykiem ,,Sssss!'', sarkazmem Sybiraka-sybaryty): ,,Ściągać
szuby, seniority!''; ,,Seniority? Skąd! Seniorki!''; Starzejemy się,
sikorki- -sześćdziesięciosześciolatki? Sklęsły słynne
super-zadki?''; ,,Skandal! Szwindel! Szmalu strata! Striptizerka -
szpakowata!''; ,,Szokuj, sławo seks-salonów, Szarmem swoich
salcesonów!'' Satyrycznym szpilkom spekta- torów stępia szpice
sekta starowierów; starowierzy sądzą: ,,Skoro Seks się szerzy -
Seks stanowi sedno Sensu, stąd slogany: SEKS-SZALEŃSTWU
SERCEM SPRZYJAJ, STAROWIERZE; STRIPTIZERKI
SZANUJ SZCZERZE!'' Solidarne stanowisko siurpryzuje
środowisko, satysfakcjonując szereg syberyjskich striptizerek.
SEAMUS HEANEY - KOLA WEWNATRZ KOL
I
Poczucia, że w jakiejś sprawie wszystko jest w moim ręku,
Doznałem po raz pierwszy, gdy posiadłem sztukę kręcenia
(Ręcznie) pedału roweru stojącego do góry kołami
I wprawiania tylnego z nich w nieziemski pęd.
Uwielbiałem ten moment, gdy szprychy znikały,
Ten ton przezroczystości, jaki nuciła przestrzeń
Między osią a felgą. Jeśli się wrzuciło
W nią ziemniak, wirujące koliście powietrze
Odrzucało w twarz bryzgi papki i wilgoci;
Jeśli się przytykało słomkę, nikła w strzępach.
Coś ze sposobu, w jaki poprzeczki pedałów
Wpierw stawiały wyraźnie wyczuwalny opór,
A potem zaczynały same zagarniać dłoń nowym
Rozpędem – wstępowało we mnie, napełniało
Przypływami swobodnej mocy, jakby wiara
Porywała to, w co się wierzyło, w swój wir,
W orbitę o obwodzie dokładnie równym pragnieniu.
II
Ale nawet ta pełnia nie wystarczała. Kto zresztą
Dojrzy ograniczenie w tym, co darowane?
Na tyłach domu, w środku pola, było źródło
(„Źródłem” je nazywaliśmy: było właściwie
Dołkiem z wodą, mającym z jednej strony głogi,
Z drugiej sączącą się błotnie i gnojnie
Strużkę, zatratowaną doszczętnie przez bydło).
Źródło też uwielbiałem: jego mętny odór
I bagienną zastałość, coś jak stary smar
Na łańcuchu. Następny krok: wziąłem tam rower.
Gdy postawiłem go tak, że siodełko
i kierownica wgłębiły się w miękkie
Dno, a opony tykały od góry powierzchni,
Obrót pedału zrobił z tego koło młyńskie
(Jego odwrotność, trzepiącą mokrym ogonem jak klacz):
W swym wszech-ożywczym, wirującym zanurzeniu
Tylne koło miotało mi w oczy ubite na pianę błoto,
Zbryzgiwało mnie moją własną odrodzoną
Gliną. Całe tygodnie wytwarzałem z niej aureole. Potem
Coś się zacięło w ośce, zardzewiały obręcze, pękł łańcuch.
III
Nic nie dorównywało temu później – aż
W warkocie werbli, blasku reflektorów
Wypełnił arenę cyrku wir kowbojskich dziewcząt na koniach,
Każda nieskazitelna w nieruchomym centrum
Lassa. Perpetuum mobile. Piruet w stanie czystym.
Akrobaci. Żonglerzy. Kółka graniaste. Zachować!
Klatki schodowe niektórych bloków mieszkalnych
przypominają więzienia lub studnie
jeśli patrzysz z dołu
jeśli patrzysz z góry
Twoje oczy - mówi -
są głębokie i chłodne
Na kaloryferze suszą się buty i chleb
SYLVIA PLATH - PIESN PORANNA
Miłość wprawia cię w ruch jak tłusty złoty zegarek.
Położna klepnęła cię w stopy i twój wyzwolony krzyk
Zajął swoje miejsce wśród żywiołów.
Nasze głosy wtórują mu zwielokrotniając twoje przybycie.
Jesteś nowym posągiem
W otwartym na przeciągi muzeum, twoja nagość
Rzuca cień na nasze poczucie bezpieczeństwa. Stoimy wokół ciebie bezmyślni jak ściana.
Nie jestem już twoją matką,
Nie bardziej niż chmura, która tworzy lustro by odbijało jej powolne
Rozpraszanie się w rękach wiatru
Przez całą noc twój oddech
Trzepoce się jak ćma w bladych różach. Budzę się i nasłuchuję:
Odlegle morze faluje w moich uszach.
Na twój płacz wychodzę z łóżka krowio ciężka i kwiecista
W wiktoriańskiej koszuli nocnej.
Twoje usta otwierają się szeroko, całkiem jak pyszczek kota. Kwadrat okna.
Rozjaśnia się pochłaniając zmatowiałe gwiazdy. Teraz wypróbowujesz
Garstkę swoich nut.
Czyste samogłoski unoszą się w górę jak balony.
STANISLAW BARANCZAK - SYBERYJSKIE STRIPTIZERKI
Syberyjskie striptizerki słyszą sardoniczne szmerki sarkającej
szpetnie sali (sala - sami swoi, stali smakoszowie strip-spelunek,
super-samczy swój stosunek sygnalizujący spazmem śmiechu,
sykiem ,,Sssss!'', sarkazmem Sybiraka-sybaryty): ,,Ściągać
szuby, seniority!''; ,,Seniority? Skąd! Seniorki!''; Starzejemy się,
sikorki- -sześćdziesięciosześciolatki? Sklęsły słynne
super-zadki?''; ,,Skandal! Szwindel! Szmalu strata! Striptizerka -
szpakowata!''; ,,Szokuj, sławo seks-salonów, Szarmem swoich
salcesonów!'' Satyrycznym szpilkom spekta- torów stępia szpice
sekta starowierów; starowierzy sądzą: ,,Skoro Seks się szerzy -
Seks stanowi sedno Sensu, stąd slogany: SEKS-SZALEŃSTWU
SERCEM SPRZYJAJ, STAROWIERZE; STRIPTIZERKI
SZANUJ SZCZERZE!'' Solidarne stanowisko siurpryzuje
środowisko, satysfakcjonując szereg syberyjskich striptizerek.
SEAMUS HEANEY - KOLA WEWNATRZ KOL
I
Poczucia, że w jakiejś sprawie wszystko jest w moim ręku,
Doznałem po raz pierwszy, gdy posiadłem sztukę kręcenia
(Ręcznie) pedału roweru stojącego do góry kołami
I wprawiania tylnego z nich w nieziemski pęd.
Uwielbiałem ten moment, gdy szprychy znikały,
Ten ton przezroczystości, jaki nuciła przestrzeń
Między osią a felgą. Jeśli się wrzuciło
W nią ziemniak, wirujące koliście powietrze
Odrzucało w twarz bryzgi papki i wilgoci;
Jeśli się przytykało słomkę, nikła w strzępach.
Coś ze sposobu, w jaki poprzeczki pedałów
Wpierw stawiały wyraźnie wyczuwalny opór,
A potem zaczynały same zagarniać dłoń nowym
Rozpędem – wstępowało we mnie, napełniało
Przypływami swobodnej mocy, jakby wiara
Porywała to, w co się wierzyło, w swój wir,
W orbitę o obwodzie dokładnie równym pragnieniu.
II
Ale nawet ta pełnia nie wystarczała. Kto zresztą
Dojrzy ograniczenie w tym, co darowane?
Na tyłach domu, w środku pola, było źródło
(„Źródłem” je nazywaliśmy: było właściwie
Dołkiem z wodą, mającym z jednej strony głogi,
Z drugiej sączącą się błotnie i gnojnie
Strużkę, zatratowaną doszczętnie przez bydło).
Źródło też uwielbiałem: jego mętny odór
I bagienną zastałość, coś jak stary smar
Na łańcuchu. Następny krok: wziąłem tam rower.
Gdy postawiłem go tak, że siodełko
i kierownica wgłębiły się w miękkie
Dno, a opony tykały od góry powierzchni,
Obrót pedału zrobił z tego koło młyńskie
(Jego odwrotność, trzepiącą mokrym ogonem jak klacz):
W swym wszech-ożywczym, wirującym zanurzeniu
Tylne koło miotało mi w oczy ubite na pianę błoto,
Zbryzgiwało mnie moją własną odrodzoną
Gliną. Całe tygodnie wytwarzałem z niej aureole. Potem
Coś się zacięło w ośce, zardzewiały obręcze, pękł łańcuch.
III
Nic nie dorównywało temu później – aż
W warkocie werbli, blasku reflektorów
Wypełnił arenę cyrku wir kowbojskich dziewcząt na koniach,
Każda nieskazitelna w nieruchomym centrum
Lassa. Perpetuum mobile. Piruet w stanie czystym.
Akrobaci. Żonglerzy. Kółka graniaste. Zachować!
Etykiety:
baranczak stanislaw,
bohdan zadura,
poezja,
seamus heaney,
sylvia plath
Wednesday, 4 May 2011
Z tomiku nadrealistycznego (17):
ANDRE BRETON - NA DRODZE SAN ROMANO
Poezję uprawia się w łóżku tak jak miłość
Jej rozrzucona pościel jest jutrzenką rzeczy
Poezję uprawia się w lasach
Ona ma całą przestrzeń jakiej potrzebuje
Nie zwyczajną lecz inną stwarzaną
Oka kani
Rosy na widełkach skrzypu
Wspomnienia pewnej butelki traminera
Oszronionej na srebrnej tacy
Wysokiego pręta turmalinu na morzu
Drogi przygody umysłu
Która wspina się stromo
Przystanek - i natychmiast zarasta
Tego nie wykrzykuje się na dachach
Nie uchodzi zostawiać drzwi na oścież
Lub wzywać świadków
Ławice ryb żywopłoty sikorek
Szyny przy wjeździe na wielki dworzec
Odbicia dwóch brzegów rzeki
Bruzdy w miękiszu chleba
Pęcherzyki na powierzchni strumienia
Dni kalendarza
Dziurawiec
Aktu miłości i aktu poezji
Nie da się pogodzić
Z czytaniem na głos gazety
Co znaczy promień słońca
Niebieskie światło związujące błyski
na siekierze drwala
Nić latawca w kształcie serca lub niewodu
Rytmiczne klaskanie ogona bobra
Skwapliwość błyskawicy
Sypnięcie cukierków z wysokości starych
schodów
Lawina
Wylęgarnia uroków
Nie panowie to nie jest Departament
Ani wyziewy koszar w niedzielę wieczorem
Przezroczyste figury taneczne ponad
kałużami
Oddzielenie ciała kobiety od ściany
przy pomocy dźgnięcia sztyletem
Jasne spirale dymu
Twoje loki
Wypukłość gąbki z okolic Filipin
Zasznurowany wzorem koralowy wąż
Bluszcz wstępujący w ruiny
Ona ma cały czas przed sobą
Zespolenie z poezją zespolenie ciał
Dopóki trwa
Broni wszelkiego wejrzenia w nędzę świata.
PHILIPPE SOUPAULT - NIEDZIELA
Samolot przędzie druty telegraficzne
i źródło śpiewa tę samą piosenkę
Na spotkaniu woźniców aperitif jest pomarańczowy
ale maszyniści kolejowi mają oczy białe
dama straciła swój uśmiech pod drzewami
PHILIPPE SOUPAULT - NIC PROCZ SWIATLA
Nic prócz światła które twe ręce sieją
nic prócz płomienia i oczu twoich
tych pól i żniwa na twej skórze
nic prócz upału twego głosu
nic prócz pożaru
i prócz ciebie
Bo jesteś wodą która śni
i trwa w uporze
wodą drżącą wodą świecącą
wodą łagodną jak spokojny wiatr
wodą która śpiewa
wodą radości i twych łez
Samotna którą pieśni ścigają
szczęśliwe pieśni ziemi i nieba
silna i żywa w tajemnicy
zmartwychwstała
wreszcie nadeszła twa godzina
twe lata
Poezję uprawia się w łóżku tak jak miłość
Jej rozrzucona pościel jest jutrzenką rzeczy
Poezję uprawia się w lasach
Ona ma całą przestrzeń jakiej potrzebuje
Nie zwyczajną lecz inną stwarzaną
Oka kani
Rosy na widełkach skrzypu
Wspomnienia pewnej butelki traminera
Oszronionej na srebrnej tacy
Wysokiego pręta turmalinu na morzu
Drogi przygody umysłu
Która wspina się stromo
Przystanek - i natychmiast zarasta
Tego nie wykrzykuje się na dachach
Nie uchodzi zostawiać drzwi na oścież
Lub wzywać świadków
Ławice ryb żywopłoty sikorek
Szyny przy wjeździe na wielki dworzec
Odbicia dwóch brzegów rzeki
Bruzdy w miękiszu chleba
Pęcherzyki na powierzchni strumienia
Dni kalendarza
Dziurawiec
Aktu miłości i aktu poezji
Nie da się pogodzić
Z czytaniem na głos gazety
Co znaczy promień słońca
Niebieskie światło związujące błyski
na siekierze drwala
Nić latawca w kształcie serca lub niewodu
Rytmiczne klaskanie ogona bobra
Skwapliwość błyskawicy
Sypnięcie cukierków z wysokości starych
schodów
Lawina
Wylęgarnia uroków
Nie panowie to nie jest Departament
Ani wyziewy koszar w niedzielę wieczorem
Przezroczyste figury taneczne ponad
kałużami
Oddzielenie ciała kobiety od ściany
przy pomocy dźgnięcia sztyletem
Jasne spirale dymu
Twoje loki
Wypukłość gąbki z okolic Filipin
Zasznurowany wzorem koralowy wąż
Bluszcz wstępujący w ruiny
Ona ma cały czas przed sobą
Zespolenie z poezją zespolenie ciał
Dopóki trwa
Broni wszelkiego wejrzenia w nędzę świata.
PHILIPPE SOUPAULT - NIEDZIELA
Samolot przędzie druty telegraficzne
i źródło śpiewa tę samą piosenkę
Na spotkaniu woźniców aperitif jest pomarańczowy
ale maszyniści kolejowi mają oczy białe
dama straciła swój uśmiech pod drzewami
PHILIPPE SOUPAULT - NIC PROCZ SWIATLA
Nic prócz światła które twe ręce sieją
nic prócz płomienia i oczu twoich
tych pól i żniwa na twej skórze
nic prócz upału twego głosu
nic prócz pożaru
i prócz ciebie
Bo jesteś wodą która śni
i trwa w uporze
wodą drżącą wodą świecącą
wodą łagodną jak spokojny wiatr
wodą która śpiewa
wodą radości i twych łez
Samotna którą pieśni ścigają
szczęśliwe pieśni ziemi i nieba
silna i żywa w tajemnicy
zmartwychwstała
wreszcie nadeszła twa godzina
twe lata
Etykiety:
andre breton,
philippe soupault,
poezja,
surrealizm,
z tomiku nadrealistycznego
Subscribe to:
Posts (Atom)